Patrząc na to, co przez ostatnie miesiące robił z „Filmem” Tomek Raczek, nie widzę ani jednego błędu. To po prostu było dobre pismo – komentuje zamknięcie tytułu Kamil Śmiałkowski, badacz popkultury, redaktor naczelny serwisu Hatak.pl. Tyle, że chyba czas takich pism się kończy – dodaje. Czy oznacza to, że Polacy nie są zainteresowani czytaniem publicystyki filmowej?
REKLAMA
Gdy pod koniec ubiegłego roku Tomasz Raczek został nowym naczelnym „Filmu”, można było być dobrej myśli. Jakościowo, co pokazał czas, była to zmiana na lepsze. Ciekawsza szata graficzna, ciekawi autorzy, różnorodne tematy, dobre teksty. Nie obyło się bez błędów, jakim – moim zdaniem – było odwrócenie się w dziale recenzji od najpopularniejszych tytułów na rzecz kina raczej niszowego (wynikające z chęci bycia z recenzjami na czas – a żeby było to możliwe w miesięczniku, pokazy musiały odbywać się wyjątkowo wcześnie, czyli choćby na festiwalach, gdzie raczej „Iron Mana 3” się nie zobaczy). Ogólna ocena była jednak bezsprzecznie pozytywna. To po prostu było dobre pismo – ocenia Kamil Śmiałkowski.
W czym więc problem? Według informacji wydawcy, Platformy Mediowej Point Group, ostatnimi czasy sprzedaż „Filmu” rosła, ZKDP podaje natomiast, że w styczniu i lutym wyniosła średnio 19 223 egzemplarzy. Jak na blisko czterdziestomilionowy kraj – pismo niszowe. Bodajże w ubiegłym tygodniu dystrybutor „Iron Mana 3” chwalił się, że do kin poszło już około 250 tys. widzów. „Drogowka” przyciągnęła ponad milion widzów, podobnie „Hobbit: Niezwykła podróż”. Czyli Polacy chodzą do kin, lubią filmy, a jeżeli doliczyć tłumy zasiadające przez „internetowym kinem domowym”, można powiedzieć, że je wręcz kochają.
Prasa filmowa nie cieszy się już jednak ich zainteresowaniem. Kolejne pisma padają jak muchy, jakiś czas temu sił na tym poletku próbowała nawet „Gazeta Wyborcza”, startując z „Filmowym Magazynem”, szybko go jednak zamknięto (a przecież starszy, siostrzany „Magazyn Książki” ukazuje się do dziś). Dziś nie potrzebujemy aż tak publicystyki/profesjonalnych recenzji/papierowej gazety – wystarczy zobaczyć zwiastun w sieci i spytać znajomych na Facebooku – komentuje Śmiałkowski, i dodaje: To trochę kryzys – mając mniej pieniędzy, trzeba wybierać, czy zafundować sobie kulturę/rozrywkę, czy czytanie o niej.
Czyli wszystkiemu winne Internet i kryzys. Fakt, ceny biletów do kin w ciągu ostatnich kilku lat skoczyły dwukrotnie - jeszcze pamiętam czasy, gdy na studiach w weekend kupowałem bilet do Multikina za 11 zł, obecnie taka przyjemność kosztuje 22 zł. Drugi fakt – Internet jest szybszy, w przypadku filmów oferuje zaś lepsze możliwości prezentacji (trudno, aby pismo papierowe linkowało zwiastuny), w starciu z nim miesięczniki wydają się więc skazane na porażkę, zwłaszcza na najbardziej interesującym z punktu widzenia czytelnika polu recenzji (dlatego, mimo małego zainteresowania prasą drukowaną, taki Filmweb pozostaje jedną z największych stron internetowych w Polsce).
Jedyną przewagą prasy papierowej pozostawała duża publicystyka, która w "Filmie" rzeczywiście prezentowała wysoki poziom. I co z tego? Wniosek jest taki, że się myliliśmy i długie, krytyczne teksty nikogo nie interesują. Polacy klikają w linki z newsami, rzucą okiem na recenzję, reszta mało ich jednak interesuje - zwróćcie uwagę na podział miejsca na stronie głównej Filmwebu, który przecież wynika z optymalizacji i dostosowania do czytelnika. Im dłuższy tekst, tym mniej osób go przeczyta.
Czyli to koniec dla prasy drukowanej? Nie ma wyjścia? Wydaje się, że tak, że na polu publicystyki filmowej w Polsce nie pozostaje nic innego, jak przenieść się do Internetu. Największe światowe tytuły, jak „Empire” czy „Total Film”, wciąż wygrywają z nową technologią ogromnymi ekskluzywnymi materiałami z planów największych produkcji, wywiadami z najjaśniejszymi gwiazdami Hollywood, z czasem jednak i one ulegną serwisom pokroju ComingSoon.net.
Czy to złe zjawisko? Patrząc obiektywnie i odkładając na bok sentymenty – raczej naturalne i nieuniknione. Cały przemysł promocji kinowej nastawiony jest na Internet, sami najbardziej zainteresowani są w Internecie – prasa musi więc podążać za nimi. Ewolucja – adaptuj się, albo giń.
