Ciekawe premiery dla miłośników kina niestandardowego. Bodo Kox rozbawi i wzruszy świetną polską komedią, zaś twórca „Drive” zadziwi i każe się zastanawiać, co właściwie przed chwilą obejrzeliśmy.
REKLAMA
Rozpoczynający się właśnie weekend daje nam jeden powód, by omijać kina szerokim łukiem i dwa, by jednak spędzić przed srebrnym ekranem kilka godzin.
Produkcją, którą zdecydowanie odradzam jest najnowszy obraz twórcy „Znaków”, M. Nighta Shyamalana. Jego „1000 lat po Ziemi” to puste, pełne dziur logicznych widowisko w stylu gry komputerowej – fabuła jest pretekstowa, bohater ma po prostu wypełnić misję, przechodzić levele, a na koniec pokonać bossa. Porażka na całej linii, której nie warto poświęcać już więcej miejsca.
Na przeciwnym biegunie jest pierwsza długometrażowa produkcja Bodo Koxa, „Dziewczyna z szafy”, reprezentująca niemal wymarły już gatunek inteligentnej, subtelniej komedii, na której możemy się pośmiać, są momenty, gdy można nawet popłakać, przede wszystkim zaś pokochamy jej bohaterów. To dwaj bracia, Jacek i Tomek. Ten pierwszy jest pracującym w domu informatykiem, ten drugi zaś powodem, dla którego brat nie siedzi w biurze – Tomek nie do końca mieści się w standardowej definicji normalności, jest bardzo utalentowany plastycznie, ale też wycofany, wyraźnie ma problemy (postać tę dystrybutor porównuje do bohatera słynnego „Rain Mana”). Obaj mieszkają naprzeciwko tytułowej dziewczyny – równie zagubionej, samotnej, uciekającej w narkotyki Magdy, która jednak w tym filmie zdaje się reprezentować radosne, wyzwolone z ram konwenansów podejście do życia. My poznajemy ich, gdy oni sami zaczynają poznawać siebie nawzajem.
I jest to początek świetnej, pełnej ciepła i humoru historii, z doskonale nakreślonymi bohaterami. Prym wiedzie Jacek, koncertowo zagrany przez Piotra Głowackiego, pozornie najnormalniejszy z całej trójki, ale tak nie do końca – to typ człowieka, którego nazwalibyśmy pozytywnie zakręconym. Tak w zasadzie to na jego barkach spoczywa ciężar całego filmu, bo choć tytułową bohaterką jest Magda, przez większość czasu nawet się nie odzywa, podobnie zresztą Tomek; owszem, zarówno Wojciech Mecwaldowski, jak i debiutująca na wielkim ekranie Magdalena Różańska wyciskają ze swoich ról wszystko, co się da, nie można jednak nie zauważyć, że to Głowacki skradł im show. (I to jaki show - "Dziewczyna..." to najlepszy film, jaki widziałem w tym roku!)
Z kolei w „Tylko Bóg wybacza” pierwszy plan zdecydowanie należy do Ryana Goslinga. Po sukcesie „Drive”, jego reżyser Nicolas Winding Refn powraca w swoim w pełni autorskim projekcie (tym razem napisał także scenariusz), po raz kolejny w roli pierwszoplanowej angażując aktora, który zabłysnął w jego poprzedniej produkcji.
Z szerokiego rzutu, „Tylko Bóg wybacza” to opowieść o przemocy i zemście: ktoś zabił kogoś, więc jego rodzina się mści, a policja szuka winnych, więc ktoś chce zabić policjantów, więc ci szykują wendettę, więc ktoś inny znowu chce kogoś zabić. Wszystko opływa krwią, wnętrznościami i orientalnym klimatem, bo akcja filmu rozgrywa się w Bangkoku. To jednak tylko wierzchnia warstwa. Głębiej znajdziemy opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie: matce (Kristin Scott Thomas) i dwóch dorosłych synach (Gosling gra jednego z nich), wplątanej w handel narkotykami na Dalekim Wschodzie, a w wyniku pewnych wydarzeń: w prywatną wojnę z pewnym bardzo groźnym stróżem prawa. W tle jest brutalna śmierć ojca, quasi-seksualny stosunek matki do synów, jej niezwykle silny charakter, tłamszący młodszego z braci. W skrócie: dziwniej być nie może.
I jeżeli zatrzymamy się na tej warstwie odczytu filmu, wyjdzie nam pełna dziwnych, niezrozumiałych symboli, bezsensownej przemocy opowieść o pokręconych bohaterach. Nie wszystkie elementy fabuły pasują do siebie, surrealistyczny początek, w którym wędrujemy po snach głównego bohatera gryzie się z resztą filmu, postacie są zaś jakieś takie przerysowane, jakby urwały się z innej bajki. Znajdzie się też kilka scen, których miejsce w tym filmie jest co najmniej dyskusyjne (policjant na karaoke). Znowu, w skrócie: nie ma w tym wiele logiki.
Bo do „Tylko Bóg wybacza” trzeba znaleźć klucz. Mój był komediowy. Nowy film Refna widzę jako grę reżysera z widzem, zabawę z naszymi oczekiwaniami po hitowom „Drive”. Gosling w tym filmie parodiuje sam siebie, wyraźnie przerysowuje – ponieważ w „Drive” był milczący, tajemniczy i obserwował wszystko nieruchomym, intensywnym spojrzeniem, więc teraz jeszcze więcej milczy, ma jeszcze więcej tajemnic, nawet wpatruje się w ekran jakby bardziej intensywnie. Dorzućmy do tego groteskową postać matki (i scenę kolacji z synem i jego „dziewczyną”), półboskiego policjanta-samuraja – potężnego niczym Chuck Norris, po godzinach odreagowującego ćwiartowanie ludzi śpiewaniem ballad w barze z karaoke – oraz nachalny symbolizm (dłonie Goslinga, miecz), a otrzymamy dziwaczny koktajl, dla którego jednym wyjaśnieniem jest przewrotne poczucie humoru reżysera. Refn zdaje się mówić: Chcieliście drugiego „Drive”? To macie Goslinga parodiującego samego siebie. Chcieliście głębi, filozofii i symboli? Oto garść pozbawionych sensu ujęć, które wstawiłem w film jedynie dla swojej uciechy – główkujcie! Karkołomna interpretacja, przyznaję.
Niemniej, polecam obejrzenie „Tylko Bóg wybacza”, bo nieczęsto do kin wchodzi film, w którym tak wiele zależy od odczytania przez widza; w pewnym sensie dziwaczność i niejednoznaczność tej produkcji daje nam swoistą wolność. A jeżeli wolicie coś spokojniejszego i pewnego – idźcie na „Dziewczynę z szafy”, bo film Koxa ma tyle zalet, jest tak przemyślany, ma tak dobry scenariusz, a aktorzy zagrali tak wybitnie, że nie można się rozczarować.
Najlepiej zaś idźcie na oba – zwłaszcza, jeżeli potraficie docenić pracę operatorów, którzy w obu filmach spisali się fenomenalnie. Zarówno w „Dziewczynie…”, jaki i w filmie Refna o kadrach nie można powiedzieć inaczej, niż: skomponowane. Pięknie plastyczne, dopracowane do perfekcji (u Refna – do najmniejszego padającego na bohaterów cienia), stanowią ucztę dla oka. W „Tylko bóg wybacza” ma się wrażenie oglądania plansz skąpanego w czerwieni komiksu z orientalną scenerią. Kox z kolei rysuje sceny rodzajowe z życia nieco dziwnej rodziny, jaką tworzą Jacek i Tomek.
