Ostatnie tygodnie obfitowały w ciekawe premiery, miłośnicy historii obrazkowych mogli poczytać między innymi o Czterech Jeźdźcach Apokalipsy, dumnych i wojowniczych Kozakach, Lidze Niezwykłych Dżentelmenów oraz o Supermanie.
REKLAMA
Najbardziej na czasie jest album „Superman i Ludzie ze Stali. Tom 1”. W ramach projektu New 52 wydawnictwo DC zrestartowało wszystkie swoje najważniejsze serie, w tym tę o najstarszym spośród komiksowych herosów. „Ludzie ze Stali” są więc typową origin story, w której poznajemy historię bohatera od pierwszych (i krótkich) chwil na Kryptonie, poprzez zagładę planety i podróż na Ziemię, aż do życia na farmie Kentów i przeprowadzki do Metropolis, gdzie już jako reporter „Daily Star” Clark Kent i heros Superman (choć jeszcze bez charakterystycznego stroju) wydał wojnę światu przestępczemu. Jeżeli więc ktoś chciałby lepiej poznać tę postać przed wybraniem się do kina na „Człowieka ze stali” (recenzja filmu), albo po seansie nabierze ochoty na sięgnięcie do komiksowego oryginału, ten album nada się idealnie.
Tym bardziej, że to bardzo udany restart. Świetnie narysowany, z mnóstwem dynamicznych scen i ciekawym kadrowaniem, pod tym względem na głowę bije większość wydawanych w Polsce historii o superbohaterach, czy to z DC, czy z Marvela (aczkolwiek daleko mu do fenomenalnego „All-Star Superman”). Przede wszystkim jednak scenarzyście, Grantowi Morrisonowi, udało się na nowo opowiedzieć znaną wszystkim historię, tak, aby była naprawdę interesująca. To wciąż ten sam Superman, obowiązuje znany wszystkim kanoniczny wizerunek, z peleryną, strzelaniem laserami z oczu i charakterystycznym „S” na klatce piersiowej, a jednak kolejne elementy układanki zostały umiejętnie wkomponowane w fabułę. Dzięki temu nie ma się uczucia powtórki, historia wciąga i porywa zawrotnym tempem.
Co więcej, wydanie to, oprócz głównej historii, zawiera także kilka bardzo interesujących dodatkowych epizodów, w których poznamy innego herosa, Steela, a także dokładniej przyjrzymy się ziemskim rodzicom Supermana, Kentom, oglądając ich zarówno bezpośrednio, jak i oczami niezwykłego przybranego syna. I w zasadzie jednym minusem „Ludzi ze Stali” jest poboczna historia, w której pojawiają się inni herosi – po bardzo lekkim i przystępnym początku czytelnik wrzucany jest na głęboką wodę, z mnóstwem postaci i nowymi, czasami niezrozumiałymi wątkami.
Jeżeli zaś ktoś nie przepada za klasycznymi historiami o superbohaterach, może sięgnąć po album podchodzący do tego tematu w zupełnie inny sposób. „Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Tom 1” ze scenariuszem legendarnego Alana Moore’a i rysunkami Kevina O’Neilla to kanon historii obrazkowych, a mówiąc krótko: komiks totalny. Znany z „V jak Vendetta” czy „Strażników” Moore zadbał o niepowtarzalny, nawiązujący do dziewiętnastowiecznych brytyjskich historii sensacyjnych scenariusz, zaludniając dodatkowo swoją opowieść doprawdy nieprzeciętnymi indywiduami. Tytułową Ligę tworzą Kapitan Nemo, dr Jekyll/Edwin Hyde, podróżnik-awanturnik Alan Quatermain, Hawley Griffin, czyli Niewidzialny Człowiek oraz tajemnicza Mina Murray, niegdyś Harker. Mało tego, na kartach komiksu pojawiają się również między innymi bracia Holmes, Fu Manchu, a nawet jegomość nazwiskiem Bond. Wszyscy oni zostają wplątani (albo wplątują innych) w intrygę wymierzoną przeciw Imperium Brytyjskiemu.
Siłą „Ligi…” są oczywiście niezwykle liczne nawiązania o innych dzieł literatury, a także stylizacja na opowieść sprzed dwóch stuleci, ale i bez tego otrzymujemy dynamiczną, pełną niewybrednego humoru i mistrzowsko nakreślonych postaci opowieść – to chemia (i spięcia) między grupą głównych bohaterów napędza fabułę. Dzięki temu komiks ma dwa poziomy – dynamiczną, prostą i zabawną opowieść dla początkujących i szaloną jazdę przez klasykę powieści „groszowych” dla znawców gatunku.
I podobnie, jak w „Ludziach ze Stali”, warstwa wizualna stanowi ogromną zaletę. Więcej – Kevin O’Neill i Alan Moore dobrali się wręcz idealnie. Kreska tego pierwszego świetnie oddaje charakter scenariusza, zachwycają zwłaszcza sceny walk (a w szczególności te z Hydem!) i niezwykłe bogactwo tła, sprawiające, że nie ma mowy o ślizganiu się wzrokiem po kadrach – każdemu wypada poświęcić nieco więcej czasu, niż w przypadku innych historii obrazkowych. Co ciekawe, niezwykły dynamizm udało się O’Neillowi oddać mimo bardzo klasycznego, wręcz konserwatywnego kadrowania. Jedną z największych zalet szaty graficznej stanowi również umiejętna gra kolorami.
Dlatego też nie dziwi, że „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” weszła do komiksowego kanonu – trudno o lepiej narysowaną i napisaną historię. A że to dopiero pierwszy tom, jest czego wyglądać wśród komiksowych zapowiedzi (przy czym – chodzi o nowe, poszerzone o kilka bonusów wydanie, bo sama historia ma już swoje lata).
Łatwo za to o gorszy komiks, a takim niewątpliwie są „Czterej Jeźdźcy Apokalipsy” Simona Bisleya (rysunki) i Michaela Mendheima (scenariusz). Jakoś nic w tym albumie nie było w stanie mnie zachwycić, ba, miałbym uwagi do chyba każdego elementu tej historii. Zaczynając od scenariusza, jest to bardzo prosta, ogrywająca oklepane do bólu motywy opowieść o apokalipsie, nawet główny bohater jest chodzącym stereotypem. Duży, mroczny, wojowniczy (ma dwa miecze i – tak na oko – milion pistoletów), członek powiązanego z Kościołem zakonu, chroniący przed siłami zła pieczęci, które mogą doprowadzić do końca świata.
Wtórnie, ale można byłoby to przełknąć, gdyby nie fakt, że sama fabuła to niekończąca się seria krwawych potyczek głównego bohatera z wszystkim, co się rusza. Chociaż i na to dałoby się przymknąć oko (siła niektórych komiksów tkwi tylko w warstwie wizualnej), ale… No właśnie – największym minusem „Czterech Jeźdźców…” jest obecność Simona Bisleya. Uznany rysownik postanowił poeksperymentować z technikami malarskimi, a efekt jest mniej niż zadowalający. W zasadzie wysoki poziom zachowują wyłącznie kończące niektóre rozdziały całostronicowe ilustracje, rysowane jednak inaczej, niż reszta komiksu – wygląd tej można określić krótko i dobitnie: brud, syf i pożoga. Mnóstwo czerni, czerwieni, plastikowych (i bez wyjątku ogromnych) piersi, przede wszystkim zaś potworny chaos, sprawiający, że zamiast dynamiczne, sceny walk w większości są nieczytelne.
W połączeniu z fatalnym scenariuszem (opowieść brnie, kluczy na boki i w zasadzie wygląda na to, że scenarzysta wyłącznie szuka wymówek do tego, aby ktoś rozwalił komuś głowę), kiepska warstwa wizualna składa się na jedno z największych rozczarowań ostatnich miesięcy, pozbawiony klimatu i sensu potworek, którego nie ratuje doskonała jakoś wydania (ogromny format!).
Dowodem na to, że rysownik potrafi nadrabiać niedociągnięcia scenariusza i świetną kreską odwracać uwagę czytelnika od tego, że czyta w sumie prostą jak cep historię jest „Daogopak”. Wydana właśnie pierwsza część tego ukraińskiego komiksu, zatytułowana „Anatolijskie tournee”, stanowi wstęp do bardzo ciekawego projektu. Założeniem twórców było pokazanie historii Ukrainy w wersji pop, stworzenie mitologii, opowieści ku pokrzepieniu serc. I tak jak Amerykanie mają Supermana, Batmana i innych przebierańców, Ukraińcy mają Kozaków, którzy w „Daogopaku” są właśnie takimi komiksowymi herosami.
Jeżeli ktoś będzie szukał kronikarskiej dokładności – zawiedzie się. Mamy gadające świnie i gęsi, wojowników ninja, troszkę steampunka, a sami Kozacy składają się głównie z mięśni i potrafią wyczyniać takie cuda, że zawstydziliby nawet Człowieka ze Stali. Ewidentnie stawiano na rozrywkę i dotarcie do bardzo szerokiego, młodego grona odbiorców, o czym świadczy choćby słownictwo – zwroty typu „strefa kibica” czy „tortury all inclusive”. Miało być lekko, zabawnie, a przy okazji celem było rozbudzenie uczuć patriotycznych u młodych Ukraińców.
I mnie ten komiks kupił. Fakt, nic olśniewającego, ale pełna akcji i humoru historia wciąga, a rysunki Oleksija Czebykina są absolutnie genialne, w zasadzie kształtują tę opowieść, nadając jej charakter. Owszem, sama fabuła nie jest zbyt wyrafinowana – ot, trzech Kozaków wyprawia się z misją odbicia pobratymców z tureckiej niewoli – ale sposób jej przedstawienia przykrywa wszelkie niedoróbki; to wręcz podręcznikowy przykład idealnie rozrywkowego komiksu. W zasadzie największym minusem „Daogopaku” jest fakt, że w pierwszej księdze otrzymujemy ledwie sześćdziesiąt dwie strony, a więc coś w rodzaju rozbiegówki do większej fabuły. Co nie zmienia tego, że niecierpliwie będę wyglądał kontynuacji.
Jak więc widać, rynek komiksowy ma się całkiem nieźle, a czytelnicy nie mogą narzekać na brak wyboru. Miłośnicy amerykańskich superbohaterów mogą na nowo poznać historię najpotężniejszego z nich, fani talentu Alana Moore’a otrzymują nowe wydanie jednego z jego lepszych dzięł, zaś wszyscy szukający odprężenia w te letnie dni mogą przekonać się, jak nasi południowi sąsiedzi budują własną historyczno-popową mitologię. I tylko ci znający dorobek Simona Bisleya będą zawiedzeni, bo jego najnowsza publikacja nie może równać się z tym, co rysował wcześniej.
