Zabrakło ciekawego scenariusza, za to efektów specjalnych było tyle, że zabiły całą magię filmu. „Iluzja” to przeciętny obraz i jedno z większych rozczarowań roku.

REKLAMA
logo
Tak zwani Czterej Jeźdźcy, czyli najlepsi magicy świata. Monolith Films
Czy zbyt duży budżet może być przeszkodą w nakręceniu dobrego filmu? Okazuje się, że tak. Najnowszy obraz Louisa Leterriera, znanego między innymi z „Transportera” czy „Człowieka psa”, wiele by zyskał, gdyby jego twórcy musieli naprawdę napracować się nad magicznymi trikami, zamiast wyręczać się efektami specjalnymi. Tytuł jest mylący, bo „Iluzja” sugeruje, że widza ktoś starał się nabrać, że mogliśmy uwierzyć. Tymczasem prawie każda z wielkich mistyfikacji była komputerowo podrasowana do tego stopnia, że o żadnym mamieniu widza, o ekranowej magii nie było mowy. Paradoksalnie, w całym filmie najlepiej wypadają te triki, które były zbyt małe, aby warto było mieszać w nie CGI, w tym świetna scena ucieczki granego przez Dave’a Franco bohatera przez agentami. Potencjalnie największy atut filmu, czyli możliwość wciągnięcia widza w olśniewający świat magicznych trików, okazał się więc wielkim niewypałem, bo zamiast główkować, być może zatrudnić autentycznego speca, który zamieniłby „Iluzję” w świetne przedstawienie, Leterrier wolał pójść na łatwiznę.
Będąc jednak okrutnie szczerym – czego innego można się było spodziewać po reżyserze „Starcia tytanów”? Miał pieniądze, więc wydał je na grafików, zamiast choćby wzorem „Prestiżu” Nolana subtelniej budować klimat. Zaskoczyć może natomiast fakt, że mimo świetnej obsady, nie gra również sama historia. Ot, kolejna opowiastka z twistem na końcu, wcale nie jakimś zmyślnym, a trudnym do przewidzenia głównie dlatego, nie raczej kiepsko pasującym do reszty filmu. Wszystko do czasu odkrycia najważniejszej karty to festiwal drętwych scen, których nie ratują nawet Morgan Freeman i Jesse Eisenberg – ten ostatni miał de facto jeden lepszy moment, w którym i tak po prostu powtórzył rolę z „Social Network”. Na ekranie pojawiali się także Michael Caine i Woody Harrleson, choć w zasadzie niewiadomo, po co było zatrudniać takich aktorów do tak nijakich epizodów; również mający najwięcej do pokazania Mark Ruffalo nie zachwycił.
logo
Jesse Eisenberg dmucha bańkę, do której za chwilę wejdzie Isla Fisher i będzie latać. Gdzie w tym magia? Monolith Films
Mała w tym wina aktorów, największa scenariusza. Jakieś to wszystko byle jakie, przeładowane, z niepotrzebnym wplataniem dziwnego wątku Oka i nieudolnymi próbami podbijania tempa akcji w postaci powtarzania tego samego schematu: magicy robią trik, policja ich ściga, magicy ośmieszają policję, Mark Ruffalo się wścieka – i tak ze trzy czy cztery razy, przy czym im dalej w las, tym napięcie mniejsze, bo skala nieprawdopodobieństwa rosła geometrycznie. Gdzieś w tym wszystkim pojawia się wątek odpowiedzialności za kryzys, jaki dotknął rynki finansowe, rozmywa się jednak w kolejnych gonitwach, później okazuje się zaś nieważny, a zakończenie rozczarowuje, bo pozbawia „Iluzji” ciekawego wydźwięku.
Mogło być naprawdę dobrze. Była świetna obsada, był pomysł, zabrakło porządnego wykonania, włożenia we własne dzieło odrobiny więcej wysiłku. Bez tego magia nawet nie tyle co umarła, co nigdy nie ożyła na ekranie.