Jeżeli oceniać od względem różnorodności, okaże się, że polski rynek komiksowy ma się świetnie. Można zacząć od podróży do „Portugalii”, odnaleźć na dworcu zagubioną „Teczkę”, lepiej poznać wojenne losy Czeczenii, a także zobaczyć zwizualizowany bestseller Stiega Larssona.

REKLAMA
logo
Okładka i kadr z "Portugalii" Cyrila Pedrosy. Timof Comics
Gdyby ktoś zapytał mnie: po co właściwie komiks, komu potrzebny jest taki twór? Ani to literatura, ani film, niby ma cechy obu mediów, a tak naprawdę nie jest po prostu mieszanką jednego i drugiego. Dziwadło, i tyle. Jeżeli ktoś tak powie, dam mu do przeczytania „Portugalię” Cyrila Pedrosy – tej historii nie można było opowiedzieć inaczej, niż na kadrach komiksu.
To zapis rzeczywistej i duchowej podróży artysty, Simona, który stracił nie tylko wenę, ale także chęć do życia. Nie, nie chce popełnić samobójstwa, po prostu nie wie, czego chce, wszystko jest mu obojętne, najchętniej bezwolnie poddawałby się decyzjom innych. Jego bezwładność odbija się zarówno na życiu zawodowym, jak i prywatnym. Do czasu przypadkowej wizyty w Portugalii, skąd pochodzi jego rodzina, i do wizyty na ślubie kuzynki, gdzie wszyscy znowu się spotkają. Przede wszystkim zaś – gdzie Simon może spędzić trochę czasu z ojcem.
Pedrosa zadbał w tym albumie o wszystko: od poruszającej historii człowieka samotnego z wyboru, rodziny, która może się nie rozpada, ale chyba tylko dlatego, że nigdy nie tworzyła całości, przez doskonale skrojonych bohaterów, interakcje między nimi, zwłaszcza najciekawszy wątek Simona i jego ojca, aż do fenomenalnej strony graficznej, wyróżniającej się przede wszystkim mistrzowską grą kolorami. „Portugalia” to doskonały komiks, z pięknie opowiedziana historią, do której nie trzeba było wielu słów – podobnie jak jego bohater, Pedrosa często milczy, pozostawiając czytelnikowi jedynie obrazy. Te jednak mówią bardzo dużo, sama zmiana palety barw między poszczególnymi scenami doskonale buduje nastrój, zdając się odzwierciedlać stan duszy Simona. Nigdzie indziej nie widziałem takiej swobody w operowaniu barwami, takiej wyobraźni, maestrii wręcz. Fabularnie, a raczej – klimatem, rytmem opowieści „Portugalia” przypomina świetnego „Daytrippera”, jednak wizualnie Pedrosa bije Monna i Ba na głowę. Absolutna czołówka najlepszych komiksów roku.
logo
Okładka i kadr z "Teczki". Wydawnictwo Komiksowe
Czołówka, w której raczej nie zabraknie również „Teczki” ze scenariuszem Toma Taylora i rysunkami Colina Wilsona. Króciutka, kameralna historia na dwóje bohaterów, zamknięta w przestrzeni dworca kolejowego, a dokładnie – jednego z peronów. Ten liczący sobie ledwie 18 stron zeszyt (bo albumem „Teczki” nazwać nie sposób), z czego właściwy komiks zajmuje ledwie jedenaście, to prawdziwy popis sztuki pisania dialogów, planowania kadrów i przede wszystkim budowania pełnej napięcia atmosfery.
Oparta na sztuce teatralnej autorstwa Tylora, „Teczka” to prosta historia dwojga nieznajomych, kobiety i mężczyzny, których połączyło wspólne oczekiwanie na pociąg oraz tajemniczy pakunek, pozostawiony na peronie przez jednego z pasażerów. Scenarzysta doskonale rozgrywa w tej scence paranoje i lęki ery terroryzmu, kiedy każda podejrzanie wyglądająca paczka może zawierać ładunek wybuchowy. Czytelnik obserwuje, jak bohaterowie powoli nakręcają w sobie paranoję, jak ożywają w nich uprzedzenia, jak lęk i niepewność ich zmieniają i przede wszystkim: jak ich to paraliżuje.
Kwintesencja idealnego komiksowego shorta, graficznie może nie aż tak dobrego, jak scenariuszowo, niemniej przy takiej ilości dymków i klasycznym układzie kadrów na planszy, wiele więcej z tej historii Wilson raczej wyciągnąć nie mógł. Krótkie, ale świetne.
logo
Okładka albumy "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Księga II". Czarna Owca
Niestety, w przypadku drugiej księgi komiksowej adaptacji powieści „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” trudno o równie entuzjastyczną ocenę. Część pierwsza, choć stanowczo zbyt ugrzeczniona w porównaniu do książkowego oryginału, wciąż stanowiła dobrze opowiedzianą i klimatycznie narysowaną opowieść. W przypadku kontynuacji do głowy przychodzi mi jednak tylko jedno słowo: przyzwoicie.
Niby drużyna komiksiarzy ta sama, a jednak różnica jakościowa spora. Na pierwszy rzut oka widać niezrozumiały konserwatyzm (czyt. nudę) w kadrach, grzecznie ułożonych, przejrzystych, czystych i schludnych. A więc nijakich. Stanowczo za dużo w albumie jest scen, na które rysownicy nie mieli pomysłu, które były tylko konieczne dla historii, zupełnie bezpłciowych, żeby nie powiedzieć: odwalonych z konieczności. Zwłaszcza pierwsze kilkanaście stron to istna parada gadających głów, dopiero z czasem, w miarę przenoszenia ciężaru historii z wątku Mikaela na Lisbeth robi się ciekawiej, a końcówka i sceny w piwnicy to już – krótki, ale jednak – powrót do formy z pierwszego albumu.
Największy problem mam jednak ze scenariuszem – odnoszę wrażenie, że to, co udało się w księdze pierwszej, a więc przeniesienie bez większej straty treści książki na komiksowe medium, tym razem wypadło dużo gorzej. Sądzę wręcz, że ktoś, kto nie znając powieści Larssona czy filmu Finchera sięgnie po „Mężczyzn…”, może nie zrozumieć całej drugiej części albumu, nie nadążać za pewnymi zwrotami akcji. Widać konieczność wpasowywania się w ograniczoną ilość stron, objawiającą się strasznym cięciem fabuły i skakaniem między wątkami, a także nieco zbyt dużym pośpiechem w końcówce – sam finał, już po odkryciu tożsamości mordercy, to chaos niezrozumiały nawet dla mnie, który znam oryginał.
Poniżej pewnego poziomu oczywiście komiks nie schodzi, w końcu to album ze stajni Vertigo, wiele można by jednak poprawić. Jedynym elementem, który wypada lepiej na tle pierwszego tomu, jest jakość wydania – płócienna okładka z jaskrawym napisem, a do tego obwoluta z ilustracją Lee Bormejo zadowoli chyba każdego konesera. Trochę szkoda tylko, że zmiany wprowadzono w drugiej księdze, przez co pierwsza wyraźnie od niej odstaje.
logo
Okładka i oryginalna plansza z "Dzienników rosyjskich" Igorta. Timof Comics
Tylko nieco mniej mieszane uczucia mam w stosunku do „Dzienników rosyjskich. Zapomnianej wojny na Kaukazie” Igorta. Podoba mi się zamysł, wykonanie jednak już dużo mniej.
„Dzienniki…” to quasi-reportaż, zarazem opowieść o działalności dziennikarki Anny Politkowskiej – zamordowanej w 2006 roku – jak i rozgrywającej się na Kaukazie wojny Rosji z Czeczenią. Nierównej, bezwzględnej wojny, dodajmy. Igort wybrał więc świetnie, bo historia świeża, wciąż się rozgrywająca, a i część opisywanych w komiksie wydarzeń pamięta się z czołówek gazet i wieczornych wydań serwisów informacyjnych. Celem autora było pokazanie prawdziwego oblicza tego konfliktu, co zdecydowanie osiągnął, udało mu się nawet do tego stopnia zasiać we mnie ziarno niepewności, że zacząłem zastanawiać się nad niejednoznacznością działań terrorystów czeczeńskich (bo jak my byśmy odpowiedzieli, gdyby nas traktowano jak ich?). To gorzka, momentami szokująca, na pewno poruszająca opowieść, w mojej ocenie obiektywna, co zdecydowanie nie jest bez znaczenia. Nie sposób przeczytać „Dzienniki rosyjskie” i nie pożałować ludzi za ich podłość i zdolność do najgorszych okrucieństw.
Dlatego też nie mam wątpliwości co do znaczenia tej publikacji – jedną z ważniejszych ról kultury jest otwieranie oczu mas na wydarzenia, o których nie wolno zapomnieć, których nie wolno przegapić. Jednocześnie jest to jednak album komiksowy, jako taki podlega także ocenie jako dzieło sztuki, i tutaj mam pewne uwagi. Przede wszystkim – forma zupełnie do mnie nie przemawia. „Dzienniki…” to zlepek różnych mniejszych historii, w zamiarze chyba kalejdoskop i szerokie spojrzenie, w efekcie – chaos. Igort chciał w tym albumie opowiedzieć bardzo wiele, zamknąć w nim całą wojnę, ale czytelnik dostaje jedynie pobieżne spojrzenie na temat; wrażenie, że to tylko czubek góry lodowej jest aż nazbyt wyraźne. Mimo ponad stu siedemdziesięciu stron, jakimi dysponował autor, album ten może służyć jedynie jako wstęp, bo sam tylko sygnalizuje wiele wątków, porzucając je natychmiast i przechodząc dalej.
Z sama „komiksowością” też bywało różnie. W „Dziennikach…” bardzo dużo jest tekstu, to w zasadzie coś na pograniczu artykułu i raportu/relacji, bogato ilustrowanego rysunkami, które częstokroć były wręcz zbyteczne, bo tekst mówił wszystko – właśnie to najbardziej mi przeszkadzało: momentami Igort po prostu wszystko opisywał, ilustracje dodając jakby z konieczności. Przez to o zachwytach nad stroną wizualną nie mogło być mowy. Z drugiej jednak strony - to chyba nie efekt artystyczny był w "Dziennikach..." na pierwszym miejscu.