Temat poprzedzających każdy kinowy seans reklam powraca co jakiś czas jak bumerang. Wiele jest argumentów za, wiele przeciw, prawda jest jednak taka, że bilety drożeją, a bloki reklamowe się wydłużają.

REKLAMA
logo
Żeby obejrzeć tę klatę w kinie w weekend potrzeba 35 zł i pół godziny reklam wstępu. Marvel Wikia
Ani nie jestem przeciwnikiem popcornu i przekąsek w kinie (to już element całej blockbusterowej otoczki), ani reklam. Narzekający na te ostatnie mają rację, że w zasadzie płacą sporo za bilet, mogą więc wymagać, że za taką cenę dostaną po prostu wybrany film, bez żadnych przyległości. Można to jednak kontrować argumentem, że po pierwsze dzięki reklamom bilety nie są tak drogie, jak mogłyby być, przede wszystkim zaś większość kinomanów nie posiada zegarków, więc bloki reklamowe chronią przed tłumami spóźnialskich, którzy zamiast filmu na szczęście co najwyżej zasłaniają skaczące po ekranie parówki.
Niestety, z każdym kolejnym rokiem coraz trudniej bronić dystrybutorów i właścicieli kin, którzy nieustannie podbijają ceny biletów, przy jednoczesnym wydłużaniu czasu trwania bloków reklamowych i zauważalnej zmianie proporcji – coraz mniej pokazuje się zwiastunów, coraz więcej czekoladek i innego tałatajstwa (gdy ostatnio byłem w kinie, w boku trzykrotnie powtórzono reklamę Coke Live Festiwal, trzykrotnie też zachwalano pewne słodycze z zabawkami – powiedzieć, że to przesada, byłoby eufemizmem).
Sam jako dziennikarz większość filmów oglądam na pokazach prasowych, niemniej regularnie odwiedzam kina na własną rękę. Choć jakoś tak się złożyło, że dawno nie był to weekend i nie była to największa w Polsce sieć multipleksów, więc jakoś nie odczułem na własnej kieszeni kolejnych podwyżek. Wyobraźcie sobie więc moje zaskoczenie, gdy kupując bilet na niedzielny pokaz „Wolverine” zobaczyłem cenę: 32 zł + 3 zł za wypożyczenie okularów 3D + 50 groszy na przesłanie biletu na mój telefon.
Abstrahując od najgłupszej opłaty na świecie, czyli tej za okulary potrzebne do obejrzenia filmu (to w sumie dlaczego nie kasować od razu za fotel, chyba że ktoś przyjdzie z własnym krzesełkiem?), od ostatniego czasu, gdy kupowałem bilet cena wzrosła więc z 31,5 zł do 35,5zł. Czyli o około 13%. Skąd ten skok? Zdawało mi się, że do kin chodzi coraz więcej ludzi, choćby na trzeciego „Iron Mana” poszło więcej osób, niż na dwie poprzednie części razem wzięte. A przecież były jeszcze hity, które widziało grubo ponad milion widzów, czyli „Drogówka” i „Hobbit”. Ogólnie filmów, tych największych Hollywoodzkich produkcji, powstaje coraz więcej, Warszawa bezustannie tonie w reklamujących je billboardach. O co więc chodzi? Dlaczego widz ma płacić więcej?
I przede wszystkim: jak to możliwe, że bilety tak drożeją, skoro bezustannie powtarza się, że poprzedzające filmy reklamy pozwalają przerzucić część kosztów na producentów tych produktów? Czyli co: koszt pokazania filmu jednemu widzowi to 50zł? (Plus, oczywiście, opłata za okulary 3D.) Jak to możliwe, że na studiach chodziłem do kina za 10zł (czyli bez zniżki kosztowały bodajże 18zł) i największe kina najwyraźniej zarabiały, bo otwierały się wciąż nowe? Przecież inflacja aż tak nie galopowała!
Dużo tych pytań, prawda?
Czy jest jakieś wyjście? Wszystko w rękach nie widzów, a dystrybutorów. Jeżeli wciąż będą windować ceny biletów, w końcu coraz więcej osób będzie sobie przeliczać, co innego mogliby kupić za te pieniądze. Na chwilę obecną na korzyść kina działa sam rynek – mnóstwo filmów takich jak „Człowiek ze stali” czy „Pacific Rim” nie sposób oglądać na komputerze, wizualnie zbyt dużo tracą, zaciska się więc zęby i opróżnia portfel. Do czasu jednak. Nie wierzę w żaden zryw ani akcje na facebooku, raczej w istnienie pewnej psychologicznej granicy ceny biletu, która może zadziałać na większość kinomaniaków tak, że powiedzą dość. W tej chwili większość z nas wciąż jest w stanie się wykosztować i wybrać na wyczekiwany film, ale gdy pomyślę o wypadzie rodzinnym, nie jest już tak wesoło – dla mamy, taty i dwojga dzieci weekendowe wyjście do kina to już około 100zł!
A dla Was, jaka jest graniczna cena biletów, która sprawiłaby, że nie wybralibyście się nawet na z dawna wyczekiwany film?