W ten weekend można wybrać się albo na dobry thriller z somalijskimi piratami w tle, albo poznać losy niezwykłej przyjaźni i rywalizacji wielkich mistrzów Formuły 1, albo wreszcie nacieszyć oczy widowiskiem i pośmiać się na kontynuacji komiksowego „Thora”. Najlepiej zaś obejrzeć wszystkie trzy filmy.
REKLAMA
Gdybym musiał wybierać spośród wchodzących właśnie do kin produkcji, miałbym nie lada orzech do zgryzienia. Z jednej strony jest „Thor: Mroczny świat”, a więc kolejna opowieść o Bogu gromu, a ja jestem miłośnikiem komiksów. Z drugiej jednak uwielbiam także filmy opisujące prawdziwą sportową rywalizację, a takim niewątpliwie jest „Wyścig” Rona Howarda. Przyparty do muru wybrał bym chyba jednak „Kapitana Phillipsa” w reżyserii Paula Greengrassa.
Nie, nie ze względu na Toma Hanksa. Choć przyznać trzeba, że dwukrotny laureat Oscara ewidentnie ma chrapkę na trzecią statuetkę (ubiegłoroczna wygrana Daniela Day-Lewisa musiała zajść mu za skórę) i tym filmem pokazuje, że ma zamiar wziąć udział w wyścigu. Wątpliwe, by wygrał, bo prawdziwy popis umiejętności aktorskich mógł dać dopiero w ostatnich minutach „Kapitana…”, poza tym zdecydowanie przyćmił go wcielający się w przywódcę piratów fenomenalny Barkhad Abdi. Zapewne skończy się wyłącznie na nominacji dla Hanksa, mimo iż to debiutujący na wielkim ekranie Abdi zasługuje na najwyższe wyróżnienie.
Nie aktorzy jednak, a tematyka przyciągnęła mnie do „Kapitana Phillipsa” – to opowieść o statku handlowym porwanym przez somalijskich piratów, a najlepsze w tym filmie jest to, że nie zajmuje żadnego stanowiska. Greengrass ewidentnie starał się zrozumieć zarówno załogę uprowadzonego statku, jak i samych porywaczy, chciał pokazać ich motywację i beznadziejność sytuacji, co zrobił doskonale. Tak, to Toma Hanksa porywają, trudno jednak choć trochę nie kibicować przywódcy Somalijczyków, Muse’owi. Paradoks? Owszem. Przede wszystkim zaś dowód na błyskotliwość scenarzysty i reżysera.
Ci popisali się jednak również na innym polu – otóż film ten doskonale sprawdza się jako sensacja. Billy Ray, który wcześniej pisał scenariusze między innymi do „Planu lotu” z Jodie Foster i „Igrzysk śmierci”, połączył siły z odpowiedzialnym za filmy o agencie Bournie Paulem Greengrassem i wspólnie zadbali o to, aby przez cały seans napięcie sprawiało, że widz siedzi na brzegu fotela. „Kapitan Phillips” to klasycznie prowadzona historia, z przedstawiającym nam głównego bohatera wstępem, spokojnym początkiem rejsu i migawkami przygotowań piratów, aż w końcu dochodzimy do abordażu i od tego momentu nie przestajemy obgryzać paznokci. Koniec końców: wreszcie thriller zasługujący na swoją nazwę, okraszony ponad dwoma godzinami niesamowitych emocji i wybitnego aktorstwa, z powracającym do wielkiej formy Tomem Hanksem na czele i drepczącym mu po piętach Barkhadem Abdi.
***
Skoro zaś przy aktorstwie jesteśmy, należy przejść do „Wyścigu”, w którym wybitnych kreacji nie zabraknie, a wcielający się w Nikiego Laudę Daniel Brühl może wręcz okazać się czarnym koniem Oscarowego wyścigu. Przy tak świetnym aktorze nawet Chris Hemsworth wypada nad wyraz dobrze, mimo iż tym razem pozwolono mu robić coś więcej, niż tylko bić wszystkich wielkim młotem.
Spora w tym zapewne zasługa reżysera, Rona Howarda, znanego z takich produkcji jak „Piękny umysł” czy „Frost/Nixon”, którymi udowodnił, że ma niesamowitą rękę do aktorów. Zapewne dlatego też nie bał się opowiedzieć historii, która w całości uzależniona będzie od tego, czy między dwoma głównymi bohaterami wytworzy się pełna napięcia, specyficzna atmosfera. Aktorzy, a więc Brühl i Hemsworth musieli bowiem oddać skomplikowaną przyjaźń między dwoma wielkimi mistrzami Formuły 1 z lat 70. ubiegłego wieku – Nikim Laudą i Jamesem Huntem. Przyjaźń ta była tym dziwniejsza, że napędzała ją niesamowita rywalizacja, a połączyła ludzi tak od siebie różnych, że bardziej odlegli być już nie mogli. W filmie, co w późniejszych wywiadach podkreślał Lauda, ich relację nieco przeinaczono, skupiając się na aspekcie konkurencji, co chyba jednak nikogo nie dziwi – w końcu to kino akcji, z mnóstwem wyścigów i efektownych ujęć.
Właśnie, ujęć. W ogólnie bardzo dobrym „Wyścigu” zabrakło jednak ciekawego pomysłu na oddanie dynamizmu walki na torze, na pracę kamery w czasie wyścigów. W efekcie zamiast dramatycznych relacji, na ekranie po prostu miga nam trochę wycinków, a napięcie zazwyczaj stara się jako tako budować spiker. Oczywiście, zadanie nie było łatwe, w końcu trzeba było objąć kilka sezonów, a więc kilkadziesiąt wyścigów, trudno więc relacjonować wszystkie czterdzieści czy pięćdziesiąt okrążeń z każdego, niemniej na tym elemencie „Wyścigu” się zawiodłem.
Tylko na tym jednym, trzeba podkreślić, bo poza tym mamy świetną muzykę, bardzo dobrych aktorów, dużo humoru, zwłaszcza za sprawą Hemswortha, no i przede wszystkim Howard wybrał naprawdę pasjonującą historię do opowiedzenia. Mimo wad, jeden z lepszych filmów roku.
***
Bóg gromu zalicza udany powrót na wielki ekran. Choć pełen niedociągnięć, „Thor: Mroczny świat” gwarantuje świetną rozrywkę i mnóstwo śmiechu. Widać, że Marvel wypracował sobie pewną formułę na ekranizowanie wydawanych przez siebie komiksów, a ponieważ to podejście się sprawdza i przynosi niemałe dochody, studio konsekwentnie się go trzyma. Oczywiście największa w tym zasługa Jossa Whedona, który jako główny architekt całego uniwersum ma nad wszystkim pieczę – jego wkład w inne, nie reżyserowane przez siebie filmy jest naprawdę znaczny, w przypadku drugiej części „Thora” wzywano go nawet na plan, by pomógł Alanowi Taylorowi w uporaniu się z kilkoma szczególnie trudnymi scenami.
Rzeczywiście, wpływ Whedona w „Mrocznym świecie” jest aż nadto widoczny. To ta sama mieszanka efektowności, humoru i bardzo luźnego podejścia do historii, jaką widzieliśmy w „Avengers”. Nie brakuje więc scen, które olśnią rozmachem (atak na Asgard), ale przede wszystkim takich, które sprawią, że cała sala ryknie śmiechem (skonfundowany młot!). Najwięcej zaś w drugiej odsłonie przygód Boga gromu i jego przyjaciół jest sekwencji, które jednocześnie zachwycają wizualnie i rozbrajają świetnymi gagami – takie to już Whedonowskie podejście do scen akcji, zupełnie jakby wiedział, że walk stworów z bogami nie sposób traktować serio, dlatego zamienia je w komedię. Wyborną komedię, dodajmy.
I właśnie tymi efektami specjalnymi i humorem „Thor: Mroczny świat” nadrabia wiele, wiele niedociągnięć scenariuszowych i scenograficznych. Zaczynając od tego drugiego – kostiumy i rekwizyty w tym filmie są fatalne, zaczynając od śmiesznej tarczki (bo przecież nie tarczy) Sif, na sztylecie (a raczej nożu do otwierania kopert) Lokiego kończąc. Choć, to trzeba przyznać, drugi film w serii zaskakuje ciekawym połączeniem stylistyki fantasy z fantastyką naukową, dzięki czemu Asgard zyskuje zupełnie nowe oblicze. To jednak ledwie tło, najważniejsza wina zaś być historia, podczas seansu odnosi się natomiast wrażenie, że filmowcy nie podzielali tego zdania. W skrócie: scenariusz „Thora: Mrocznego świata” pisany był na kolanie, ma dużo dziur, nie opowiada żadnej historii, mroczne elfy przypominają Kitowców z „Power Rangers”, a główny Schwarzcharakter jest wyjątkowo bezpłciowy.
Co z tego jednak, skoro mam ochotę ponownie wybrać się do kina? Bo świetnie się bawiłem, bo zauważałem te wady, ale miałem je gdzieś, bo Taylor z Whedonem robili wszystko, by każde niedociągnięcie rekompensować jakimś świetnym pomysłem. W efekcie „Mroczny świat” o kilka długości prześciga marną „jedynkę” i bardzo miło wypełnia nam czas oczekiwania na „Avengers: Age of Ultron”.
