Jeżeli ktoś z Was miał plan wybrać się do kina na nowy obraz Ridleya Scotta – odradzam, to chyba największe rozczarowanie filmowe mijającego roku. Na pocieszenie zostaje nam jednak druga odsłona dźwiękowej adaptacji „Żywych trupów” Roberta Kirkmana.

REKLAMA
logo
Kadr z filmu "Adwokat" oraz okładka "Żywych trupów. Tomu 3 i 4" Imperial-Cinepix / Sound Tropez
„Adwokat” miał wszystko, żeby stać się filmem wybitnym. Za kamerą Ridley Scott, twórca pierwszego „Obcego”, „Gladiatora”, „Łowcy androidów” czy „Helikoptera w ogniu”. Scenariusz przygotował Cormac McCarthy, niezwykły pisarz, laureat Nagrody Pulitzera za „Drogę”, która jest arcydziełem współczesnej literatury. W obsadzie zaś wielkie talenty, jak Michael Fassbender, Javier Bardem, Penelope Cruz, a także wielkie gwiazdy: Cameron Diaz i Brad Pitt. Efekt? Pretensjonalny, dłużący się gniot, który jest tak zły, że aż dziw, iż jego twórcy zdecydowali się pokazać go światu.
Niestety, winę ponosi McCarthy, który dostarczył fatalny scenariusz, pełen wydumanie symbolicznych scen i przeładowany pompatycznymi, niezwykle „głębokimi” dialogami, czyli po prostu bredniami nie do zrozumienia, które musieli powtarzać aktorzy. Ani nie miał do opowiedzenia ciekawej historii (kilku kolesi chce dorobić na przemycie narkotyków, ale coś idzie nie tak i teraz ich wspólnicy wzięli ich na cel), ani nie potrafił tego zrobić – przekaz jest mętny, postacie papierowe i irytujące (no, może z wyjątkiem bohatera Javiera Bardema), a fabuła tak przeładowana idiotyzmami, że nie da się tego oglądać bez widniejącego na twarzy wyrazu zniesmaczenia i zaskoczenia.
Oczywiście, w równym stopniu ganić należy Scotta, który jako reżyser winien był temperować dziwne zapędy scenarzysty, ba!, w tym wypadku powinien był wyrzucić tę grafomanię do kosza. Winni są także aktorzy, bezrefleksyjnie bełkoczący swoje kwestie, ewidentnie ich nie rozumiejący, ale starający się podczas ich wymawiania wyglądać bardzo inteligentnie, co wypada groteskowo zwłaszcza w wykonaniu Cameron Diaz.
logo
Kadr z filmu "Adwokat". Imperial-Cinepix
Podczas seansu widz ma dziwne wrażenie, że bierze udział w jakimś filmowym żarcie, że w „Adwokacie” grają nie tylko aktorzy, ale cała ekipa – wszyscy udają, że scenariusz Cormaca McCarthy’ego ma sens, wszyscy bez wyjątku boją się powiedzieć pisarzowi, że jego tekst to pierwszorzędna grafomania, że nie wygląda, jakby wyszedł spod pióra autora „Krwawego południka” czy „Dziecięcia bożego”. Bo McCarthy potrafi pisać, jest w tym mistrzem. Sęk w tym, że ten scenariusz to efekt jakiejś pomroczności jasnej.
Gniot, którego pod żadnym pozorem nie wolno było przenosić na ekran.
***
logo
Fragment okładki "Żywych trupów. Tomu 3 i 4". Sound Tropez
Na szczęście wciąż są na tym świecie artyści, którzy odbiorców swoich dzieł traktują poważnie. W przypadku studia Sound Tropez rzekł bym nawet, że podchodzą do swoich słuchaczy – gdyż studnio to przygotowuje audiobooki i dźwiękowe adaptacje – z ogromnym szacunkiem, co widać w ich wydawnictwach.
Niecały rok temu zaskoczyli mnie dźwiękową adaptacją dwóch pierwszych tomów komiksowej serii „Żywe trupy” ze scenariuszem Roberta Kirkmana. Zaskoczyli niesamowicie pozytywnie, bo ich dzieło o kilka długości wyprzedziło podobne projekty ze Stanów Zjednoczonych. Przy okazji recenzowania tego wydawnictwa chwaliłem doskonale dobraną muzykę, niesamowite efekty dźwiękowe oraz bardzo dobre przełożenie komiksu na scenariusz słuchowiska (ogromna w tym zasługa Michała Wojnarowskiego, który dopisał kwestie narratora).
W przypadku drugiej płyty, a więc adaptacji trzeciego i czwartego tomu komiksu, mogę tylko powtórzyć swoje pochwały. Znowu niesamowite wrażenie robi przede wszystkim myślenie przestrzenne, takie operowanie dźwiękiem, że gdy słuchałem, lubiłem zamykać oczy, co pozwalało mi wejść w scenę i słyszeć wszystko tak, jakby te wydarzenia rozgrywały się wokół mnie. Coś niesamowitego. Do tego dodajmy ponownie bardzo dobrą ścieżkę dźwiękową, w której tym razem mniej było utworów wyłącznie instrumentalnych, więcej wokalistów, a także bardzo dobrego narratora, Krzysztofa Banaszyka.
Choć największe wrażenie zrobił na mnie odtwórca roli głównego bohatera, Jacek Rozenek. W tych albumach, gdy grupa dociera do więzienia i postanawia zostać w nim na dłużej, ich przywódca, Rick, przechodzi przemianę. Można powiedzieć, że dostosowuje się do nowego otoczenia, obojętnieje na krzywdę innych, w pewnym sensie zamienia się w socjopatę, gotowego zrobić wszystko, absolutnie wszystko, by chronić swoją grupę. Traci nad sobą panowanie, staje się tyranem, choć wciąż w środku jest pełnym ideałów stróżem prawa – trwa w nim walka, a Rozenek doskonale ją oddaje. To on spośród całej obsady miał najtrudniejsze zadanie, to na jego barkach, na tym, czy uda mu się oddać nową dwoistość natury Ricka, spoczywał ciężar całego przedsięwzięcia. I on ten ciężar udźwignął.
Przez to wszystko już trzeci raz wchodzę w tę historię. Najpierw w serialu, potem szybko nadrobiłem komiksy, teraz zaś sięgam po dźwiękowe adaptacje. I najdziwniejsze jest to, że sięgnę i po kolejne płyty, mimo iż znam tę opowieść. To chyba o czymś świadczy.