Jedna niespodzianka, jedna spodziewana artystyczna porażka: „Nimfomanka” von Triera okazuje się być bardziej komedią, niż pornografią, z kolei „47 roninów” z Keanu Reevesem zgodnie z oczekiwaniami nie ma wiele do zaoferowania poza stroną wizualną.
REKLAMA
O najnowszym obrazie znanego z zamiłowania do kontrowersji Larsa von Triera mówili wszyscy, mówili od dawna. Był to jeden z tych obrazów, o których przed seansem słyszało i czytało się tyle, że w sumie można się było zastanawiać, czy warto jeszcze w ogóle iść do kina. Pornografia! Skandal! Von Trier przekracza kolejne granice – krzyczały nagłówki newsów. I co? I wielkie nic. To znaczy, ocena samego filmu, a dokładniej rzecz biorąc prezentowanej obecnie w polskich kinach części pierwszej, jest jak najbardziej pozytywna, całe to gadanie o seksie, goliźnie i bezwstydności okazuje się jednak wyłącznie wyjątkowo zmyślną akcją marketingową.
„Nimfomanka. Część I” rzeczywiście traktuje o ludzkiej seksualności i opowiada o niej raczej bezkompromisowo, przez większość czasu nie tyle natomiast szokuje, co bawi. Tak, bawi – von Trier nakręcił mało klasyczną i pieprzną, ale jednak komedię. Wprawdzie główna bohaterka, Joe (Charlotte Gainsbourg) śmiertelnie poważnym tonem opowiada o swoim zdominowanym cielesnymi uciechami życiu, wysłuchujący jej historii Seligman (Stellan Skarsgard) co chwilę rozładowuje jednak gęstą atmosferę rozbrajającymi uwagami, porównującymi przygody Joe do praktyk wędkarskich. I choć jest przy tym absolutnie przezabawny (świetna kreacja!), palma pierwszeństwa w wyciskaniu z widzów łez rozbawienia należy się Umie Thurman, wcielającej się w zdradzoną (a w efekcie mocno rozchwianą psychicznie) Panią H – na ekranie miała tylko kilka minut, a mimo to właśnie ją najlepiej pamięta się po zakończeniu seansu.
Von Trier zrobił więc wszystkich w konia i nie daje widzom tego, czego się spodziewali. Nie możemy być jednak na niego źli, skoro w zamian oferuje prawdziwie wyjątkową, momentami ocierającą się o farsę opowieść o życiu zdominowanym przez seks. Jest w tym odrobina powagi, zwłaszcza w tytułowej nimfomance, szukającej w Seligmanie potępienia swoich występków, jest nutka smutku i melancholii w opowieści o ojcu Joe, „Nimfomanka” ma jednakże również wiele innych oblicz, z których jedno jest bardzo szeroko uśmiechnięte. I tutaj trzeba z uznaniem uchylić kapelusza przez Duńczykiem, którego olbrzymie doświadczenie doskonale widać na ekranie – von Trier nie tylko kręci filmy, ale bawi się kinem, co wyraźne jest w całym obrazie, zwłaszcza jednak w pierwszych minutach, podczas których reżyser ewidentnie droczy się z widzami.
***
Na drugim biegunie jeżeli chodzi o reżyserskie doświadczenie jest Carl Rinsch, absolutny debiutant, któremu z niezrozumiałych względów ktoś postanowił dać mniej więcej dwieście milionów dolarów na nakręcenie pierwszego w karierze pełnometrażowego filmu. W efekcie „47 roninów” to film dobrych chęci i mocno średniego jakościowo wykonania.
Dobre chęci widać w robiących wrażenie kostiumach i przepięknej scenografii, chwalić można również za efekty specjalne i obsadzenie jak zwykle bardzo dobrego Hiroyukiego Sanady w jednej z głównych ról. Wyraźna jest również chęć przełamania dominujących w Hollywood schematów – niezmieniania najważniejszych elementów klasycznej japońskiej legendy i próba oddania ducha tej historii, jak i zrozumienia egzotycznej zarówno dla nas, jak i amerykanów kultury.
Zabrakło jednak warsztatu, umiejętności opowiadania historii, przez co film Rinscha jest nieco chaotyczny, kolejne sceny nie tyle łączą się, co ledwie następują jedna po drugiej. Zero dramatyzmu, zero jakichkolwiek emocji, zero pomysłu (poza kiepskim narratorem i kilka ujęć bohaterów galopujących na górskich tle) na uchwycenie skali i powagi opowieści o 47 roninach. Reżyser nie potrafił nawet ostatecznie zadecydować, kto jest głównym bohaterem jego filmu – grany przez Reevesa Kai, wyróżniany ze względu na związane z pochodzeniem prześladowanie oraz uczucie łączące go z księżniczką Miką, czy może jednak Oishi (w tej roli Sanada) – wierny sługa swojego pana, przywódca tytułowej kompanii, któremu poświęca się na ekranie olbrzymią część czasu. Nieważne którego by ostatecznie wybrał Rinsch, byłoby to lepsze niż nieustanne stanie w rozkroku.
„47 roninów” przypomina więc nieco „Królewnę Śnieżkę i Łowcę”, również duchowego spadkobiercę Jacksonowskiego „Władcy Pierścieni”, i podobnie jak film Ruperta
Sandersa (także debiutant!) nie jest w stanie wykreować fantastycznego świata na miarę Śródziemia. Reżyser ma środki, ma obsadę, ma pomysł, trudno jednak oczekiwać, że pokazanie na ekranie dwóch czy trzech potworów i przegonienie bohaterów od jednej magicznej lokacji do drugiej pozwoli przekonać widzów, że widoczny na ekranie świat istnieje także poza tą jedną opowieścią – a tego wymaga dobry film fantasy.
Sandersa (także debiutant!) nie jest w stanie wykreować fantastycznego świata na miarę Śródziemia. Reżyser ma środki, ma obsadę, ma pomysł, trudno jednak oczekiwać, że pokazanie na ekranie dwóch czy trzech potworów i przegonienie bohaterów od jednej magicznej lokacji do drugiej pozwoli przekonać widzów, że widoczny na ekranie świat istnieje także poza tą jedną opowieścią – a tego wymaga dobry film fantasy.
Zabrakło również wyczucia, co objawia się zwłaszcza w zmuszaniu japońskich aktorów nie tylko do mówienia po angielsku, ale także udawania amerykańskiego akcentu, co brzmi momentami komicznie, częściej zaś żałośnie. I fakt, może i „47 roninów” nie jest kiczowate, jak to zdarzało się choćby nowemu „Conanowi Barbarzyńcy 3D”, po wyjściu z kina w głowie nie pozostanie nam jednak nic, poza palącym pytaniem: Dlaczego słynny Zombie Boy znalazł się na plakacie filmu, skoro w filmie pojawia się na kilkanaście sekund i wypowiada jedno zdanie (większą rolę miał w zwiastunie!)?
Autor artykułu jest redaktorem serwisu Hatak.pl.
