Krok po kroku, krok po kroczku… I od razu śpieszymy z wyjaśnieniami - nie, ruszenie tego tematu nie jest ani trochę reakcją na najświeższego game winnera Kobego.
REKLAMA
Całkiem niezły, prawda?
Bo przecież – jeżeli choć wstępnie rozpocznę poszukiwania co bardziej znamienitych wirtuozów travellingu – Kobe nie jest na tym polu samotnym żaglem. To raczej wygląda tak, jakby w strefie przybrzeżnej było ciasno od nadmiaru żaglówek, nie wspominając już o tym, że każdy pływa, jak chce.
Nie mamy zamiaru mędrkować się nad tym, jak problem kroków w NBA wyglądał piętnaście lat wstecz. Kiedy bowiem okazjonalnie docierał do nas sygnał zza Oceanu wspierany głosem kwiatu polskiego komentatorstwa, a wuefista dopiero miał nam wpajać, co to jest dwutakt i z czym się go je (dla wzmocnienia efektu przypomnę, że dopiero miało stać się luksusem), jarało nas wyłącznie to, jak MJ wkręcał w parkiet Briana Russella. Sam travelling i cała otoczka wokół niego wówczas dla nas nie istniały. Równie dobrze mogliśmy wyjść na dwór i robić naszą koszykówkę – nawet bez kozłowania.
Wybaczcie, ale w tym miejscu zrobimy małą podróż sentymentalną – jednemu z nas wpadła właśnie do głowy pewna zabawna historia z podstawówki. Były sks-y, czyli to, co tygrysy lubią lubiły najbardziej. Co tam polski, matma i inne takie – po to się wstawało, by rypać na sks-ach. W ramach urozmaicenia zajęć, nauczyciel (przy okazji pozdrawiamy Pana Piotra, pamiętając jego zjawiskowy hang time) zaordynował gierkę, ale z jednym znaczącym ograniczeniem – bez kozłowania.
- Wszyscy rozumieją, o co chodzi?
- Tak!!!
- Tak!!!
No to gramy. Pierwsze podanie trafia do gościa ze starszej klasy, którego nazwiska za cholerę nie mogę sobie przypomnieć (mt), a on… piła pod pachę i lufa pod kosz.
- Co Ty robisz?! – pyta zdziwiony nauczyciel.
- Przecież bez kozłowania gramy…
- Przecież bez kozłowania gramy…
A że oglądając NBA niekiedy wydaje się, że koszykarze wychodzą z identycznego założenia, co tamten koleżka, może nieźle zirytować. Serio.
Oglądaliśmy całkiem niedawno mecz Celtics z Grizzlies. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie stwierdzenie komentatora, które szło mniej więcej tak (cytujemy z pamięci) – sędziowie w NBA mają oczy dookoła głowy i nic im nie umknie, nawet najdrobniejszy szczegół. O, dokopaliśmy się nawet, jak ma na nazwisko autor tego „wielbłąda”. Panie Łopaciński – naszym zdaniem, naprawdę fajnie komentujesz, na tle Pana Michałowicza wręcz płoniesz emocjami, ale żeby aż taką głupotę palnąć?
A prawda jest nieco inna – kroki robią wszyscy, sędziowie przymykają na to oko.
Dlatego tym bardziej śmieszą nas komentarze na gorąco, zaraz po jakichś spektakularnych korkach, nie stroniące od emocji właśnie. Skoro tak się dzieje od paru ładnych lat, to czym się emocjonować? Jesteś fan-boy’em Lakersów, więc będziesz pluł na Wade’a, kiedy zrobi podwójny naskok? Chwilę później Kobe zrobi trzy kroki i co? W drugą stronę? Bez sensu.
A prawda jest nieco inna – kroki robią wszyscy, sędziowie przymykają na to oko.
Dlatego tym bardziej śmieszą nas komentarze na gorąco, zaraz po jakichś spektakularnych korkach, nie stroniące od emocji właśnie. Skoro tak się dzieje od paru ładnych lat, to czym się emocjonować? Jesteś fan-boy’em Lakersów, więc będziesz pluł na Wade’a, kiedy zrobi podwójny naskok? Chwilę później Kobe zrobi trzy kroki i co? W drugą stronę? Bez sensu.
Proceder travellingowy kwitnie za przyzwoleniem wszystkich zainteresowanych stron. Włączając od czasu do czasu Euroligę czy Ligę VTB człowiek myśli sobie – przecież tutaj, za Chiny ludowe, takie akcje by nie przeszły! Zostawiając na boku całą specyfikę, w tym rozbieżności w przepisach, rozgrywek kontynentalnych i tych w Stanach, no nie ma mowy. A zatem, w obliczu coraz bardziej fizycznej, atletycznej koszykówki realiów NBA, w której zawodnicy osiągają poziom przygotowania fizycznego niedostępny dla przeciętnych śmiertelników, praca nóg musi siłą rzeczy ewoluować. Jacek Gmoch powiedziałby, że gracze ligi zawodowej mają zwyczajnie szybsze buty. I aż trudno Gmochowi nie przytaknąć, kiedy swoje spiny serwują – dajmy na to – Tony Parker czy Monta Ellis. Weź się tu połap.
Gracze (z pomocą sztabów szkoleniowych) kombinują, jak tu skutecznie przedryblować rywali, często tworząc dość karkołomne zagrania. Te znajdują się dosłownie na granicy przepisów i jak zabraknie pół kroku – trudno, dołożymy. Cały krok? Też trudno, może przejdzie.
Sami mamy często problem, by – oglądając nawet daną sytuację 76 raz – ocenić, czy „gracz ataku” (All rights reserved – Wojtek Michałowicz) zmieścił się w przepisach, czy reguły gry jednak naruszył. Choćby wspomniani Parker i Ellis są w tym doskonali. Albo Dwight Howard - do mistrza Olajuwona wciąż dąży, ale i tak jesteśmy pod wrażeniem tego, jaki potrafi zrobić użytek z dobrodziejstwa dwóch kroków. Więc jak tu z drugiej strony dziwić się sędziom, że tak kosmetyczny błąd umknie ich uwadze? Spoko, sędzia człowiekiem jest, lecz problem stanowi naszym zdaniem świadome przyzwalanie na travelling. Zaczynając od małych i niewinnych błędów, a kończąc na bezczelnym nadużywaniu przepisów.
No niech nam ktoś powie, że TO niżej jest, po pierwsze, zagraniem w granicach przepisów i, po drugie, niezauważalne dla trójki arbitrów.
Czyli sytuacja prezentuje się, ujmując ją nieco skrótowo – następująco. Istnieją jakieś tam przepisy, które jednak nie są respektowane, ponieważ zawodnicy w praktyce doszli do wniosku, że łatwiej/lepiej/efektowniej jest wtedy, kiedy reguły gry są lekko naciągnięte. Sędziowie przepisy oczywiście znają, ale travelling najczęściej akceptują. Patrzymy na to logicznie i wychodzi, że skoro teoria sobie, a praktyka oddala się od żądanego wzorca, wypadałoby zmienić przepisy, by niedozwolone stało się dozwolone. To ukróci kłótnie i awantury, wszyscy będą zadowoleni.
Alternatywa? Ścisłe egzekwowanie przez sędziów przepisów gry. Aha, sami w to nie wierzymy, jak pewnie większość z Was. Czysta abstrakcja.
Każdy z nas niech sobie odpowie na pytanie – czy chcemy, aby Liga nadal przyzwalała na nagminne olewanie przepisów i obecną rzeczywistość akceptujemy, czy może jednak wolimy stanie z batem nad koszykarzami i polowanie na travellerów?
A co to kogo obchodzi, skoro to niczego nie zmieni?! – ktoś zaraz się oburzy i strzeli buraka. Ano obchodzi, bo dalsze utyskiwanie na „trójskoki” w przypadku, gdy sytuację tę całościowo akceptujemy, jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Trochę w stylu – jak ukradli sąsiadowi, to zajebiście, a jeśli mi – skurwysyny! Tu nie ma miejsca na szarość –albo biały, albo czarny. Chyba że jednak chcielibyście skrupulatnego przestrzegania zasad dotyczących kroków. Wtedy można śmiało pluć – to tu, to tam.
A my? My do robienia kroków jakoś przywykliśmy i na widok game winner Kobego nawet nie drgnęła nam powieka. Takie życie.
