Tradycja jest taka, że urodziny powinny być dla każdego z nas szczególnym dniem. Prezenty, wspaniała atmosfera, rodzina, przyjaciele, znajomi. Wszystko na tip-top, zero zmartwień i trosk. Przynajmniej przez te 24 godziny.

REKLAMA
Ale… czy to jest w ogóle wykonalne? A gdyby tak, jako najlepszy obecnie koszykarz w zespole z miasta, które stało się twoim drugim domem, słyszący zewsząd „kochamy cię!”, „potrzebujemy cię!”, tuż przed urodzinami po raz kolejny dowiedzieć się, że góra próbuje kombinuje, jak cię tu opchnąć? Nieco ponad tydzień po tym, jak w niedzielne popołudnie wykręciłeś triple-double przeciwko Bulls.

Tak, może zrobić się smutno. Zdecydowanie.
Rajon Rondo gra w Boston Celtics od początku przygody z NBA. Choć został wybrany w drafcie z 21 numerem przez Phoenix Suns, natychmiast oddano go do ekipy ze Wschodniego Wybrzeża (swoją drogą, Luol Deng też został wybrany w drafcie przez „Słońca”…). Starterem na pozycji rozgrywającego stał się już w drugim sezonie po opuszczeniu Uniwersytetu Kentucky, zdobywając u boku tercetu Allen-Pierce-Garnett tytuł mistrzowski. LeBron, słyszałeś? Nie? To w sumie lepiej.
Jeżeliby umiejscowić karierę Rondo na osi czasu, biorąc przy okazji pod uwagę losy wspomnianej Wielkiej Trójki, sytuacja wyglądałaby następująco. A mianowicie, nieopierzony, niedoświadczony i niepewny Rondo miał początkowo za zadanie pomagać/nie przeszkadzać starszym kolegom, którzy właśnie koronowali swoje piękne, lecz pozbawione pierścieni kariery. Kiedy jednak wielcy liderzy liczyli sobie kolejne wiosny (jak tu napisać, że przybywało im siwych włosów?) i z wiekiem zaczęli tracić stricte koszykarsko, tenże Rondo rozwijał się w sposób iście harmonijny. Opierając się o statystki, do ubiegłego sezonu, rok rocznie, poprawiał się we wszystkich najważniejszych dla playmakera elementach, wyłączając jedynie skuteczność z gry.
Punkty? Proszę bardzo. Asysty? Jasne. Przechwyty? Do usług.
Boston Doca Riversa jest z każdym sezonem coraz słabszy. Choć po odpadnięciu w półfinale Konferencji Wschodniej z Orlando Magic w roku 2009, dwanaście miesięcy później „Celtowie” stanęli w szranki z Lakers w wielkim finale, już w 2011 roku ekipę z Bostonu w drugiej rundzie z kwitkiem odprawiła Wielka Trójka z Miami. Teraz jest dopiero ósma pozycja w Konferencji Wschodniej i utrata prymatu w Dywizji Atlantyckiej na rzecz Philadelphii.
Przez moment mówiło się o Fantastycznej Czwórce z Bostonu. Ale to już było. Celtics dysponują obecnie trójką podstarzałych gwiazdorów. Dwa tłuste kontrakty schodzą im tego lata, wolnymi agentami staną się także Jermaine O’Neal, Kenyon Dooling i grupka pozostałych rezerwowych, Brandon Bass ma opcję na 4 miliony dolarów. Pierce zaś za sezony 2012/2013 oraz 2013/2014 skasuje ponad 32 miliony dolarów.
Oczywistym, jak to, że Rashard Lewis został swego czasu sowicie przepłacony (pfff), jest również konieczność dokonania przez Celtics gruntownej przebudowy składu. Schodzące umowy Allena i Garnetta dają Danny’emu Ainge całkiem niezłe pole manewru, lecz to może wcale nie wystarczyć. No chyba że dla nowych bostończyków szczytem możliwości ma być 4-5 pozycja na Wschodzie.
W Bostonie są zmuszeni rozstrzygnąć, jaki mają pomysł na erę po Wielkiej Trójce. Czy chcą budować drużynę wokół Rondo, czy też zacząć od podstaw, aktywnie włączając się w walkę o wielkie nazwiska, które pojawią się po sezonie na rynku wolnych agentów.
Z założenia, jeżeli team ma zostać zbudowany wokół kogoś, ten ktoś musi być liderem. Mavericks mają Nowitzkiego, Lakers Bryanta, Bulls Rose’a, Thunder Duranta. W Bostonie z kolei nie wiedzą, czy postacią tego typu jest Rondo. Pojawiają się opinie, że Rondo z liderowania był od zawsze zwolniony – w kluczowych momentach za każdym razem znajdował się któryś ze starszych kolegów, gotowy wziąć na siebie odpowiedzialność. Co z tego, że RIvers mówi, że teraz to ekipa Rondo? Patrząc w statystki – jak najbardziej, ale liczby nie są w stanie powiedzieć, czy osobowość danego zawodnika pozwala bez zająknięcia krzyknąć – to prawdziwy lider!
Z Bostonu docierają natomiast sygnały, że w osobie Rondo wcale nie widzą nowego lidera. I pewnie się nie mylą, mając porównanie z charyzmatycznymi Piercem i Garnettem. Pierwszy przez lata ciągnął w pojedynkę Celtics, drugi – Timberwolves. Skoro Rondo wypada przy nich blado, żadną herezją nie jest próba wytransferowania go z Bostonu. Koszykarze potrafią się rzecz jasna obrazić. Jak Lamar Odom, któremu zrobiło się smutno na wieść o planowanej wymianie z jego udziałem. Rondo póki co od wszelkich plotek transferowych stara się dystansować, bo że Ainge coś klapnie – to tu, to tam – jest wręcz pewne – niczym dystansowy rzut Steve’a Novaka. I zaraz trzeba przepraszać, dementować, podkreślać, jak to Rondo jest kochany w Bostonie. Bullshit.
Już po nieudanych dla „Celtów” ostatnich playoffach Ainge oferował Thunder Rondo i Jeffa Greena za Russella Westbrooka i Kendricka Perkinsa, oddanego notabene ledwie kilka miesięcy wcześniej za Greena właśnie. Następnie Celtics chcieli włączyć się do walki o Chrisa Paula, a w kontekście potencjalnej wymiany pojawiło się nazwisko Rondo właśnie. Najświeższa plotka, plota wręcz – Rondo za Pau Gasola.
Sprawy wyciekły do mediów, więc Ainge i spółka wciąż gaszą pożary. Nie będzie wymiany! Nie oddamy Rondo! Bill Ingram z HOOPSWORLD podsumował to tak. – Żadne nazwisko nie pojawi się w związku z ewentualnymi ruchami kadrowymi, dopóki nie rozpoczną się jakiekolwiek rozmowy na temat danego gracza. Z naszych źródeł wynika, że takie rozmowy toczą się i to Celtics je inicjują.
Oj, mleko się wylało. Znowu.
Za obecny sezon Rondo dostanie 10 milionów dolarów, za trzy kolejne zaś – sukcesywnie o milion więcej. Gołym okiem widać, że zdjęcie tego kontraktu w połączeniu z innymi schodzącymi da GM Celtics ogromne możliwości. W zamian za Rondo można przecież pozyskać nawet dwóch „prospektów”, w najgorszym przypadku wysokie picki w drafcie. Nadarzającą się okazję wypadałoby wykorzystać, aby w ten sposób wzorcowo i płynnie znaleźć życie po Wielkiej Trójce. W ciągu dwóch lat salary cap Celtics zostanie potężnie odchudzone – Garnett zainkasuje jeszcze lekko ponad 21 milionów, Allen – 10 milionów, a za dwa sezony zejdzie warty średnio 15 milionów rocznie kontrakt Pierce’a. Od tych cyferek może się naprawdę zakręcić w głowie.
Jeśli wierzyć Ingramowi, Celtics podjęli już decyzję i nie widzą w Rondo kogoś, kto w najbliższych latach ma być liderem, kto ma szefować drużynie i czyja koszulka może kiedyś zawisnąć pod kopułą TD Garden. Nawet jeśli opinia, że zostawiając Rondo i jego kontrakt Boston podejmuje ryzyko „tankowania” na przestrzeni najbliższych lat, wydaje się nieco przesadzona, to Ainge i reszta decydentów najwyraźniej zrozumieli, że wybierają optymalne rozwiązanie. Bo Celtics znacząco zwiększają szanse rychłego powrotu na szczyt pozbywając się Rondo już teraz – gość bez rzutu pół- i dystansowego raczej nie będzie wart więcej niż obecnie.
W każdym razie… wszystkiego najlepszego, Rajon!
mt