Wielu graczy NBA wywołuje skrajne emocje, wielu jest w stanie podzielić fanów na dwie przeciwstawne sobie grupy. Ba, postaci - z różnych powodów - wysoce kontrowersyjnych nie brakuje. Kiedy jednak mówisz - LeBron James, co przychodzi ci do głowy?

REKLAMA
W wielu kwestiach związanych z NBA nie zgadzamy się ze sobą, niekiedy dyskusje kończą się w stylu - ja wiem swoje i możesz sobie pogadać do woli. Chociaż może to i dobrze, bo w przeciwnym razie pewnie wiałoby nudą. A tak, zdarzające się rzeczowe wymiany argumentów potrafią doprowadzić do naprawdę interesujących wniosków.
Sęk w tym, że każdy ma w pewnej materii na tyle silnie wyrobione poglądy, że nawet najtwardszy krasomówca go nie zagada. Po prostu. Dla nas, w czym raczej nie jesteśmy oryginalni, przysłowiową kość niezgody stanowi James właśnie.
"Król" budzi skrajne emocje nie od dzisiaj, nie od wczoraj, ani nawet nie od przedwczoraj. Czasem rzecz jasna z na własne życzenie, zupełnie z własnej winy. Tak było zwłaszcza w przypadku słynnej "The Decision".
Tak, to było zdecydowane przegięcie i James nawet przyznał, że popełnił błąd (słyszałeś, Dwight?). Problem Jamesa leży po części w tym, że zrobił wokół siebie zbyt dużo szumu nie grając przy tym w koszykówkę. Innymi słowy - stał się celebrytą, który nie za każdym razem potrafił się zachować w odpowiedni sposób. W Cleveland lubił sobie wraz z kolegami potańczyć, gdy przeciwnicy (chwilowo) leżeli na łopatkach, a że szacunek dla pokonanych jest w sporcie cholernie ważny, przeciętny widz natychmiast reagował w sposób najbardziej naturalny - oby wam ktoś te durne tańce wybił z głów!
Wówczas tylko jakiś nie-człowiek mógł zachowaniu LeBrona przyklasnąć. Bo to był zwyczajny fail, jeden z wielu.
Ten aspekt, pobocznych zachować Jamesa, chcę jednak zostawić. Oceny jako człowieka niech każdy dokona sam, nie mam zamiaru niczego narzucać i niczego też sugerować. Co więcej, niezbyt mnie to nawet interesuje. Kiedy bowiem oglądam Jamesa w akcji, nie powinienem od razu rzucać - aaa, to burak jest przecież! Nie, wtedy liczy się tylko to, co pokazuje na parkiecie. Nie powinno się mieszać tych dwu sfer - sportowej oraz osobistej, choć zdaję sobie sprawę z tego, że w przypadku LeBrona jest to wysoce utrudnione. Ale nie może być tak, że deprecjonujemy czyjąś wartość stricte sportową, podpierając się atakiem na poszczególne cechy osobowości.
W piątek Miami Heat ulegli Utah Jazz 98:99. Końcówka była niezwykle emocjonująca i gdyby nie ona, tematu pewnie bym nie podjął. W mojej opinii, głównym winowajcą porażki ekipy z Florydy był Dwayne Wade, dwukrotnie bezmyślnie faulujący Devina Harrisa. Najpierw, na 2:05 przed końcową syreną, przy rzucie trzypunktowym, oraz w przedostatniej akcji meczu, kiedy Harris trafił floatera i dołożył rzut wolny na wagę zwycięstwa.
Tymczasem znowuż rozgorzała dyskusja o Jamesie - bo w ostatniej akcji oddał piłkę kiepskiemu tego dnia Udonisowi Haslemowi (2/5 FG i 4 zbiórki w 28 minut). Tyle że w samej czwartej kwarcie zdobył 17 punktów i trafiał takie RZUTY.
Ale oczywiście, to LeBron, więc można się ponabijać, pośmiać, że jest tak clutch, jak Carlos Boozer. A idąc za ciosem - że pierścienie może sobie pooglądać co najwyżej w prywatnej gablocie Kobego. Tak jest najłatwiej.
Dla wielu - w tym dla mnie - LeBron jest najlepszym graczem w całej lidze. Bezdyskusyjnie. Już w Miami bardzo się rozwinął, stając się zawodnikiem dużo bardziej wszechstronnym, praktycznie co mecz flirtującym z triple-double, słynącym ze świetnej defensywy. W dużej mierze miała na to wpływ zmiana otoczenia i zupełnie inna niż w Cleveland rola LeBrona w ofensywie. W tym sezonie James dołożył jeszcze post-moves, przy których wykorzystuje przewagę warunków fizycznych nad kryjącymi go rywalami. Statystycznie James również króluje. Ma najwyższy PER (32,63), notuje 27,4 pkt. 8,1 zb. 6,1 as. 0,7 blk. 1,8 prz., trafiając z gry na skuteczności 54,3 %.
Ale nie jest tak clutch, jak można by tego wymagać od największej gwiazdy ligi. Nie to, że jest na poziomie Boozera, a że są w tym od niego lepsi. Daleko nie trzeba szukać - w Miami jest przecież Wade.
To powoduje, że o LeBronie na pewno NIE powiem, że jest najlepszym graczem w historii ligi. Nie mam także zamiaru bawić się w durnowate porównania do Michaela Jordana (sic!). Przy stale ewoluującej koszykówce to jednak bez znaczenia, skoro miarodajne porównywanie graczy z różnych epok jest praktycznie pozbawione jakiegokolwiek sensu i twardego, merytorycznego uzasadnienia.
Zależy mi z kolei na tym, by opierając się o kryterium wyłącznie sportowe, oddać Jamesowi, że w NBA nie ma sobie równych. Nawet lekko uogólniając i wrzucając graczy z różnych pozycji do jednego worka. No trudno, niedociągnięcie wliczone w koszta.
Dla zatwardzialców, odwrócę pytanie - jeśli nie James, to kto? Kevin Durant jeszcze nie. O reszcie chyba nie warto wspominać.
Czwarta kwarta starcia z Jazz pokazała, że James cały czas stara się zerwać z wizerunkiem "miękkiej fai" w ostatniej minucie. Bo że niektórych nie przekona świetne 11 minut, OK, rozumiem. Po to między innymi zamienił Cleveland na Miami, by mieć wsparcie w elemencie, z którym radzi sobie - mimo wszystko - nienajlepiej. Wyobraźcie sobie, że w decydującej akcji meczu piłkę dostaje Mo Williams - are you fuckin' kiddin' me?.
Po tym, jak w ubiegłym sezonie spaprał kilka końcówek, jak wytykano mu bezsensowne próby udowodnienia całemu światu, że jednak potrafi, teraz James zmienił front. Chętnie dzieli się piłką. Ale to też niedobrze. Wówczas - idiota, bo skoro nie potrafi, niech odda piłkę! Teraz - mięczak, bo zrzuca odpowiedzialność na innych? Sorry, ale takie rozumowanie jest przecież oczywistym debilizmem.
Nie wiem, czy James zbyt późno nie zaczął pracować nad poprawą swojego wizerunku. Z tego powodu bowiem w znacznym stopniu zostaną mu zapamiętane te wszystkie faile i - niejako w konsekwencji - sportowe potknięcia. Z czystej przekory. I wielka szkoda. Bo mi oglądanie gry Jamesa sprawia naprawdę dużo frajdy. Najwięcej od czasów Jordana.
mt