Derrick Rose ewidentnie lubi kucharzyć.
Derrick Rose ewidentnie lubi kucharzyć. Internet

Każdy lubi zjeść - to żadne odkrycie. Jednak wyjątkiem od tej reguły mogą być przeciwnicy Chicago Bulls. Tamtejszy szef kuchni i jego pomocnicy serwują swoim oponentom posiłek tak ciężko strawny, że nie pozostaje im nic innego, jak grzecznie wstać od stołu z podkulonym ogonem.

REKLAMA
Najlepszy bilans poprzedniego regular season i zakończenie rozgrywek na pierwszym miejscu na Wschodzie uzyskane przez Chicago Bulls – to było rok temu sporym zaskoczeniem. Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że „Młode Wilki” z Wietrznego Miasta tworzą kolektyw oparty na solidnych fundamentach. Obserwując każdy kolejny mecz ekipy Toma Thibodeau widać, jak wszystko się zazębia i coraz bardziej do siebie pasuje. Marka defensywna została wyrobiona już na dobre (obecnie druga w lidze z deffensive effort na poziomie 95,0), a w tym sezonie dochodzi również ta ofensywna – trzeci atak w lidze, który ustępuje tylko Heat i Thunder.
Nie byłoby jednak takiego progresu i budowania potęgi w Chicago, gdyby oczywiście nie Derrick Rose. Wszyscy dobrze wiemy, że ten młody chłopak jest obecnie najlepszym rozgrywającym w lidze/najlepszym graczem na pozycji rozgrywającego. Warto jednak spojrzeć na niego przez pryzmat roli, jaką spełnia dla swojego zespołu.
3 lata temu pozwolono Rose’owi zacząć „gotować” w jego rodzinnym mieście i zrobić z niego podstawę do odbudowy dawnej potęgi. Wydraftowanie Derricka było przejawem typowego ślepego szczęścia. Bulls, choć z iluzorycznymi szansami na pick nr 1, trafili los na loterii i dostali możliwość wyboru jako pierwsi w kolejności. Od samych początków poczynań młodego rozgrywającego było widać jego ogromny potencjał. Sam Rose czyni ciągłe postępy – od 16,8 pkt. i 6,8 ast. na mecz w sezonie debiutanckim, by w poprzednich rozgrywkach notować średnio 25 pkt. oraz 7,7 ast. Jednak, co najważniejsze – został najmłodszym MVP w historii NBA. To wszystko doprowadziło do podpisania z nim maksymalnego, długoterminowego kontraktu (94 mln. $ za pięć lat), który w ramach nowego CBA nazwano od jego nazwiska „Rose Extension”.
Ten sezon jest dla DRose’a nie mniej udany. Pomimo pewnych problemów zdrowotnych (najpierw uraz palucha, później bóle pleców), powodowane w dużej mierze jego stylem gry, „Róża” (by W. Michałowicz) pozostaje nieodzowną częścią w chicagowskiej układance. Nieustannie poszerza wachlarz zagrań ofensywnych, tworzy sobie nowe sposoby na zdobywanie punktów, a przy tym coraz lepiej radzi sobie z zadaniami stricte defensywnymi. Poprzez zwiększanie poziomu swojej atletyczności nie jest już zwykłym rozgrywającym – można zaryzykować stwierdzenie, że jest combo guardem kompletnym.
Od samego początku Derrick znany był ze swoich wejść pod kosz. W tym sezonie Rose jeszcze poszerzył arsenał penetracji, przez co rywale mają ogromne problemy by zatrzymać go pod własną obręczą. Rose trafia obecnie ze skutecznością 64,2% spod obręczy, poprawiając się w stosunku do poprzednich rozgrywek o ponad 4% (a o ponad 6% biorąc pod uwagę sezon debiutancki). Znakiem firmowym są cirrus shots by Derrick Rose – dzięki wspaniałej kontroli nad własnym ciałem i niespotykanej sile, Rose jest w stanie, odbijając się od obrońców, w najtrudniejszej sytuacji znaleźć drogę do kosza. Celtics przekonali się o tym jak mało kto.
Gdy kucharz jest odpowiednio wyszkolony, w kuchni dzieje się magia. Podobnie jest na parkietach NBA. Rose wykorzystuje w tym sezonie to, co wyróżnia go na tle innych rozgrywających, czy nawet graczy z pozycjach 2 i 3. Na Houdini Move jeszcze nie opracowano skutecznego sposobu obrony. Zresztą, czy na taką koszykarską „iluzję” da się coś wykombinować?
Obecnie Bulls po 40 meczach mają aż 32 zwycięstwa, co daje im 80% wygranych meczów i pozycję lidera całej ligi. Weźmy do tego pod uwagę, że Rose pauzował w aż 10 spotkaniach (Luol Deng w 7). Ktoś powie:
- To tylko sezon regularny!
Jednak jego specyficzna, skrócona formuła (bardzo napięty terminarz względu na lockout), pomaga w odpowiedzi na pytanie, kto tak naprawdę jest w tym roku mocny. Doświadczenie nabyte w poprzednim sezonie może pozwolić na ugranie czegoś więcej niż finał konferencji w tegorocznych playoffs.
Patrząc przekrojowo przez dotychczasową karierę popularnego „Pooh” – od czasów akademickich aż do teraz – nasuwa się podstawowy wniosek – WZOROWY ETOS PRACY. Nie ma obecnie chyba zawodnika tak silnie związanego z klubem, kierującego się tak bardzo rozsądkiem i dobrem całego zespołu. Dla Rose’a nie liczy się poklask, warunki atmosferyczne, czy medialność miasta (czyt. Dwight Howard) – ten chłopak zasługuje na największe uznanie. Zarówno koszykarsko, jak i po ludzku – tak życiowo.
UPDATE Dzisiejszej nocy Rose osobiście rozprawił się z Bucks. For the win...
mr