
Choć spodziewano się pewnej spektakularnej wymiany, a decydentom z Orlando zajrzał w oczy kazus Cavaliers - skończyło się na spekulacjach i zamiast "The Decision" było "The Loyalty". Póki co.
REKLAMA
Na hit wtorku szykowano wymianę z udziałem Dwighta Howarda. Środkowy Magic mógł odstąpić od ostatniego roku kontraktu (2012/2013) i zostać niezastrzeżonym wolnym agentem już tego lata. W takim wypadku, ekipa Orlando zostałaby z wielkim nic, a sędziwy Rich Devos oczekiwałby pocieszającego telefonu od Dana Gilberta.
- Dwight napisał mi, że zrzekł się opcji odstąpienia od ostatniego roku kontraktu - zatwittował Chris Broussard, psując zabawę na nieco ponad dwie i pół godziny przed deadlinem.
- Inni patrzą na moją sytuację z biznesowego punktu widzenia. To było jednak w moim sercu, że lojalność jest ważniejsza od czegokolwiek. Robię to, dzięki czemu czuję się szczęśliwy, a wszystko, czego potrzebuję, mam tutaj, w Orlando - oświadczył Howard na konferencji prasowej. Serce się kraje...
Tym samym Howard zdecydował się odłożyć w czasie wejście na rynek wolnych agentów. Latem 2013 roku będzie zatem absolutnie najgorętszym nazwiskiem i żaden Deron Williams nie będzie odwracał od niego błysku fleszy. Perdone, Dwight, będzie tak samo - Chris Paul też chciałby poczuć, jak walczy o niego pół ligi. Nie wykluczałbym zatem powtórki z szopki, którą zaserwował niespełna dwa lata wstecz LeBron James. Może nawet podwójnej?
W Orlando zaś odetchnęli, bo przynajmniej do końca tego/połowy przyszłego sezonu najlepszy center ligi będzie grał dla Stana Van Gundy'ego. Teraz ruch Otisa Smitha, który dostał drugą szansę, aby przekonać Howarda, że w Orlando można ponownie zbudować team na miarę mistrzowskich aspiracji. Nie ma już marginesu błędu na pozyskanie kogoś pokroju Gilberta Arensa. Never again.
W najgorszym przypadku, Magic zyskali czas, aby utargować możliwie najwięcej za swoją gwiazdę. Łatwiej będzie dobić targu np. z Bulls, którym w przypadku wymiany zejdzie z salary cap już cały kontrakt Joakima Noah, a nie tylko połowa.
Inna sprawa, że w ostatnich tygodniach Magic sprawiali momentami wrażenie prowizorki, która - targana dylematami Howarda - potrzebowała szybkich i zdecydowanych ruchów, ponieważ trwanie w tym swego rodzaju zawieszeniu nikomu nie wychodziło na dobre. Howard się męczył, jego koledzy za bardzo nie wiedzieli, jak mają się zachować, a Van Gundy i Smith byli pogodzeni z losem. Jestem zdania, że po umocnieniu się Magic na trzeciej pozycji w Konferencji Wschodniej, czy też dobrym występom z kontenderami tejże (2:1 w serii z Heat, 1:1 z Bulls), a biorąc pod uwagę decyzję Howarda, atmosfera w organizacji i wokół niej powinna się poprawić. Głowy koszykarzy będą teraz nieco czystsze, Howard zaś (chyba) chce udowodnić, że za Magic da się pokroić. W playfoss takie nastawienie bywa kluczem do zwycięstw.
Tym samym przechodzimy płynnie do Nets, którzy już byli w ogródku, już witali się z gąską, a wpędzili się w niemałe kłopoty. Po pierwsze, trudniej im będzie zatrzymać Williamsa, któremu nie są w stanie zagwarantować, że pozyskają Howarda albo w wymianie, albo latem przyszłego roku. Półtora sezonu w Nets wystarczy i jestem przekonany, że Williams poważnie rozważy powrót na wyższy szczebel - choćby poprzez skorzystanie z propozycji Marka Cubana.
Jak słusznie zauważył jednak Maciek Kwiatkowski, Nets mogą po prostu trochę dłużej tankować, zachowując pieniądze na lato 2013 roku, kiedy poza Howardem niezastrzeżonym wolnym agentem stanie się CP3.
Po drugie, Nets sporo zaryzykowali, oddając za Geralda Wallace'a (który ma opcję 11 milionów $ na przyszły sezon), poza Shawne Williamsem i Mehmetem Okurem, pick w pierwszej rundzie najbliższego draftu. Jeśli ten będzie poza TOP3, trafia do Portland, w przeciwnym razie - zważywszy na ilość talentu - Nets znajdą się jednak w dość korzystnym położeniu. A to może skusić Magic, by wznowić negocjacje. W każdym razie, G-Force nie jest żadnym argumentem w kontekście przekonania Williamsa do przeprowadzki na Brooklyn.
W Los Angeles fani Lakers marzyli o nowym rozgrywającym. Ramon Sessions i Christian Eyenga zostali pozyskani w zamian za Luke'a Waltona, Jasona Kapono i pick w pierwszej rundzie draftu 2012. Za Jordana Hilla oddano natomiast Dereka Fishera i drugi z picków (też w pierwszej rundzie). O ile jakoś na "jedynce" została zdecydowanie podniesiona - Fisher nie bez kozery był nazywany najgorszym starterem na PG w lidze - tak Lakers opuścił drugi w ciągu ostatnich miesięcy doświadczony weteran, będący ważną postacią w szatni.
Racja, Fisher i pierwsza piątka zespołu z aspiracjami (vide Lakers) raczej się wzajemnie wykluczają. Ale czy "Fish" pogodziłby się z rolą backupu dla Sessionsa, zmuszony do rywalizacji o to ze Stevem Blakiem? - Wiem, że zachowałby się jak na profesjonalistę przystało. Wiem jednak również, że komuś pokroju Dereka trudno odnaleźć się w takiej roli - odarł Mitch Kupchal, GM Lakers. - Porozmawiamy z Derekiem, kiedy nadejdzie właściwy czas. Dzisiaj jest zbyt wiele emocji.
Fajnie zachował się natomiast Jerry Buss, wypuszczając utrzymane we właściwym tonie oświadczenie w sprawie Fishera. On sam raczej nie zadomowi się w Houston, bowiem Rockets planują wykupić warty 3,4 miliona $ kontrakt. Natomiast w myśl reguł nowego CBA - nota bene Fisher reprezentował związek graczy - powrót Fishera do Lakers jest wykluczony.
Wizards - w ramach akcji "Czas dorosnąć" - pozbyli się JaVale'a McGee i Nicka Younga. Pierwszy trafił do Nuggets za Nene, drugi do Clippers za Briana Cooka i pick w drugiej rundzie draftu.
W DC raczej nie będą tęsknić za McGee, którego teraz wychowywać będzie George Karl. Niezły defensor (2,5 blk. 8,6 zb.), surowy - wyłączając dunki - w ataku, ale dający sporo energii. I ze schodzącym w tym roku kontraktem. Wobec odejścia Nene, wśród podkoszowych Nuggets postacią wiodącą stanie się inny długowłosy czarnoskóry, prawdziwie niezmordowany i napakowany jak kabanos Kenneth Faried.
Bucks zyskali nieformalnego All Stara Montę Ellisa, Ekpe Udoha oraz Kwame Browna. Ten pierwszy trafił z deszczu pod rynnę - w Oakland miał Stephena Curry'ego, w Milwaukee "jedynkę" okupuje Brandon Jennings. Obaj lubią mieć piłkę w koźle, obaj lubię wjeżdżać z nią w pomalowane, obaj lubię seryjnie ostrzeliwać obręcze rywali. Pytanie, jak to wszystko poskłada Scott Skyles.
GSW zyskali zaś Andrew Boguta, gracza non stop targanego kontuzjami. Ostatni uraz, lewej kostki, wyeliminował australijskiego środkowego z gry do końca tego sezonu. Zdrowy Bogut ma pozwolić Warrios w poprawie defensywy, stanowiąc zbilansowanie dla niezbyt czującego "D" Davida Lee.
Stephen Jackson, choć pierwotnie wypchnięty razem z Bogutem, został szybko przetransferowany do Spurs. Z San Antonio odeszli zaś Richard Jefferson, T.J. Ford, GSW pozyskali również pick w pierwszej rundzie draftu. Z jednej strony, wart 9,260 mln. $ w tym i 10,06 mln. $ w przyszłym sezonie kontrakt Jacksona, z drugiej - zejście z ponad 21 mln. $ umowy Jeffersona w dwóch najbliższych sezonach.
Jest jednak drugie, ważniejsze dno. To Gregg Popovich zrobił z Jacksona gracza przez wielkie "G". Bo początki na parkietach NBA miał niezbyt obiecujące. To "Popp" potrafił znaleźć z nim wspólny język i dać impuls do pracy nad sobą. Jackson to trudny charakter, z pozoru miły i sumienny facet, lecz w dłuższej perspektywie dosyć problemowy. Wiedzą o tym doskonale w Indianie, w Oakland, w Charlotte i w Milwaukee. Ale Popovich zdaje się mieć patent na Jacksona, a ten najwyraźniej jest gotowy dawać z siebie więcej widząc go przy linii bocznej.
Na deser, już w oderwaniu od szału wymian, rewanż Johna Lucasa III za pamiętny lot LBJ. He's my boy!
mt
