Są takie dni, kiedy wszystko wpada. Albo prawie wszystko. Tej nocy Ben Gordon dosłownie zdemolował na dystansie Denver Nuggets i wpadało mu - dosłownie - wszystko.

REKLAMA
Gordon odchodził z Bulls jako klasowy strzelec, podpisując pięcioletni kontrakt wart 58 milionów $. Management z Chicago nie zdecydował się podjąć rękawicy i nawet nie zamierzał walczyć z Pistons, zwłaszcza że ciążyła już wtedy nowa umowa Luola Denga i podpisanie Gordona wiązałoby się z utratą szans na aktywne polowanie podczas free agency 2010. A sam Gordon? Idealnie wpisał się Pistons i zaczął wspólnie z nimi tankować. W pierwszym sezonie w Detroit notował tragiczne 32,1% zza łuku - jako typowy strzelec.
Ale nieważne. Pistons - przynajmniej w teorii - nadal będą Gordonowi świetnie płacili, a ten dalej będzie grał tak, że do końca kontraktu pozostanie overpaid. Halo, to w końcu Pistons.
I choć Pistons dali sobie wydrzeć zwycięstwo w Denver (putback JaVale'a McGee na miarę wygranej), Gordon miał swoje pięć minut. Dokładnie - 41 minut i 20 sekund, wychodząc w pierwszej piątce, podczas których trafił WSZYSTKIE dziewięć rzutów za trzy. Ogółem - 13/22 z gry, 10/11 z linii, 45 punktów.
To jednak nie wystarczyło. W ostatniej akcji meczu piłka trafiła rzecz jasna do Gordona, a ten spudłował.
- Dzięki zasłonom miałem trochę miejsca, więc próbowałem to wykorzystać. Miałem szczęście i udało się zanotować taki mecz- powiedział Gordon.
- Starałem się nie myśleć o "trójkach". (...) Ta porażka to ciężka do przełknięcia pigułka - podsumował.
I aż mi się przypomniała niesamowita seria Bulls z Celtics w pierwszej rundzie playoffs 2009. Stary, dobry BG.
mt