
Bulls gra się z Raptors w tym sezonie stosunkowo ciężko. O ile w środę "Byki" zapewniły sobie zwycięstwo dopiero w czwartej kwarcie, teraz już tak "różowo" nie było.
REKLAMA
Po pierwsze, Bulls mieli ogromne szczęście, że w ogóle doszło do dogrywki. Ostatnie sekundy czwartej kwarty to regularny ostrzał obręczy gospodarzy, którego na pewno nie powstydziłoby się kanadyjskie wojsko (czy to odpowiednie słowo?). Czapę od Omera Asika dostał James Johnson, z czystej 45' przestrzelił Andrea Bargnani, a Gary Forbes nie zrobił tego, co później udało się Luolowi Dengowi. Amir Johnson wywalczył jednak piłkę i Bargnani miał kolejną okazję, aby odłożyć mecz do lodówki. Ale że Kevinem Durantem nie jest, to i nadlatujący Taj Gibson wyprowadził go z równowagi. It was so close...
Bulls zostali w grze, choć Tom Thibodeau aż zagotował się od środka widząc, jak jego koszykarze proszę się o porażkę. C.J. Watson był clutch minionej nocy, ale w decydującej akcji zablokował go James Johnson, o którym nie wszyscy pamiętają, że będąc rookie wiązano z nim w Chicago znacznie większe nadzieje niż z Gibsonem. Kończąc tę dygresję, Johnsonowi przenosiny do Toronto wyszły naprawdę na dobre. Małą wendettę udaremnił jednak Deng. Przytomność umysłu - to jedno, wyjątkowa pasywność Raptors we własnym pomalowanym - to drugie. Albo gościnność, kanadyjska wręcz.
- C.J. wjechał, jego rzut okazał się za krótki i dobiłem - odkrywczo opowiada Deng o ostatniej akcji. - Widziałem, że tablica zapaliła się po tym, jak już wypuściłem piłkę z rąk. Nie, nie było żadnego zawahania czy niepewności. Sezon jest długi, każdy mecz to inna historia. Toronto zagrało dobry mecz, ale udało nam się wygrać.
- "Lu" na szczęście dobił i wygraliśmy - powiedział z kolei Watson. O szczęściu wspominam też Coach-T. - Mamy szczęście, że wygraliśmy. Toronto ogrywało nas od samego początku - wypalił z rozbrajającą szczerością.
Raptors mogą mieć do siebie spore pretensje, bo mieli ten meczu już na widelcu. - Andrea miał w końcówce czwartej kwarty świetną okazję. Spudłował ten rzut, który na dziesięć prób trafiłby dziewięć razy - kręcił nosem Dwane Casey.
Bulls zagrali po raz 16 w sezonie bez Derricka Rose'a. Pod nieobecność lidera są 12:4. On nam jest jednak dobrej myśli w kwestii powrotu na parkiet. - Zdecydowanie lepiej - odpowiada na pytanie o kontuzjowaną prawą pachwinę. - Na początku krwawiła, ale teraz wszystko jest zaleczone i pozostaje jedynie blizna. Mogę już normalnie chodzić, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu.
