W mojej kampanii było ich dokładne osiem (w tym jedna ogólnopolska, dzisiaj wieczorem w TVP1, zapraszam). Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to sporo. Rzeczywistość wyglądała jednak dużo bardziej siermiężnie.
REKLAMA
Jestem jedynym wielkopolskim kandydatem, który zgłosił się do każdej lokalnej debaty. Reszta okazała się dość wybredna. Rozumiem nieobecność co poniektórych tam, gdzie trzeba było mówić po angielsku, ale poza poznańską TVP, nigdzie nie udało się zgromadzić nawet większości liderów list, nie mówiąc o wszystkich. Tak naprawdę były to jednak bardziej okazje do wygłoszenia oświadczeń niż prowadzenia sporu, a ulubione tematy prowadzących to: "Po co kandyduje Pani/Pan do Parlamentu Europejskiego?" i "Co Pan/Pani zamierza zrobić dla Wielkopolski (zamiennie z 'dla Polski')".
Trudno oczekiwać, że lokalne debaty rozstrzygną główne dylematy przed którymi stoi Unia Europejska. Przykład idzie jednak z góry, bo żaden z liderów krajowych nie podjął inicjatywy Janusza Palikota, aby w Warszawie, przed szerokim audytorium, porozmawiać o sprawach ważnych – o euro, o nowym systemie bezpieczeństwa, czy o europejskich zdolnościach obronnych.
Już kilka tygodni po wyborach nowi posłowie będą musieli odpowiedzieć sobie na przykład na pytanie, czy chcą powołania w Parlamencie Europejskim komisji ds. strefy euro. Niestety, w czasie kampanii odpowiedź na nie na pewno nie padła…
