Wiele lat temu w kinach wyświetlany był film pt. "Znikający punkt". Dla młodych kierowców, do których się wówczas zaliczałem, bohater grany przez Barry'ego Newmana oraz jego sportowy Dodge Challenger byli przedmiotem westchnień i marzeń. W tamten świat przenoszą mnie dziś relacje telewizyjne pokazujące rajdy samochodowe w wykonaniu znanego policji, ale wciąż bezkarnego, Roberta N.
REKLAMA
Wiadomo, że policja chce go ukarać, ale za bardzo nie może, bo nie dał się złapać na gorącym uczynku. Co prawda komendant policji obiecuje, że nie odpuści, ale gwarancji, że coś się wydarzy nie ma. Zupełnie inaczej stróże porządku zachowali się w maju wobec 1200 kierowców, którzy dali się złapać na znacznym przekroczeniu prędkości i stracili prawa jazdy, które może im przywrócić dopiero sąd.
Wkurza mnie podwójna moralność w sprawach ruchu drogowego. Z jednej strony toleruje się idiotę, który prędzej czy później kogoś zabije, a z drugiej, łamiąc zasadę domniemania niewinności, arbitralną decyzją policji pozbawia się tysiące ludzi praw jazdy. Owszem, powinni być ukarani, ale dokąd sąd nie stwierdzi, że mają stracić dokument, to decyzja policjanta jest czystą nadgorliwością.
