Szykuje się niezła awantura w Parlamencie Europejskim. W tym tygodniu będziemy dyskutować i głosować umowę między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi o wykorzystywaniu danych dotyczących przelotu pasażera (PNR – Passenger Name Record).

REKLAMA
Temat nie jest nowy, bo taka umowa działała od 2007 roku. Amerykanie otrzymywali wszystkie informacje, które ułatwiały wyłapywanie potencjalnych terrorystów, w sumie niemal 20 pozycji. Wśród nich: trasa podróży, informacje o biletach, o bagażu, numer miejsca w samolocie, informacje o płatnościach, osobach towarzyszących i kilka innych oczywistych jak imię i nazwisko. W 2010 roku PE zażądał wynegocjowania nowej wersji umowy, która miała tworzyć gwarancję, że przekazane dane będą chronione tak, jak wymaga tego prawo europejskie. Umowa powstała rok później i ma zostać zatwierdzona lub nie przez PE. I tu powstał spór. Duża część posłów uważa, że umowa nie spełnia europejskich standardów, a inni przywołują jej skuteczność (ocenia się, że dzięki niej ilość zatrzymanych przestępców idzie w setki). Tak więc pokłócimy się.
Moja grupa jest podzielona, a ja popieram tę umowę. W podjęciu decyzji pomaga mi fakt, że gdyby nawet PE ją odrzucił, to Amerykanie zaczną porozumiewać się z poszczególnymi krajami albo bezpośrednio z liniami lotniczymi i wtedy nie będzie negocjacji, tylko prosty dyktat – za informacje dopuścimy was do rynku.