Gdyby nie dzisiejszy wywiad Bartosza Arłukowicza w "Gazecie Wyborczej" pewnie bym nie komentował jego dokonań, ale nie wytrzymałem. Jedna strona tekstu zawiera mieszaninę nowomowy, naiwności i marnego sprytu politycznego.

REKLAMA
Dziennikarki przeprowadzające wywiad przywołują powszechnie znane skandale będące udziałem ministra. W sprawie leków antyrakowych czytamy:
"Braki w zaopatrzeniu występują również w innych państwach Europy".
"Druga przyczyna jest związana ze sposobem planowania terapii".
"Będę proponował konieczne zmiany w kontraktowaniu usług i ich wycen".
A w ogóle to "resort zaczął działać natychmiast".
Gdy przechodzi do relacji na rynku leków, dowiadujemy się, że kompetencje ministra "nie są tak duże, jak się powszechnie uważa", a "resort pracował nad tym, aby majowa aktualizacja listy pojawiła się jak najwcześniej".
Naiwność ministra to zupełny bark oceny, kim jest w tym rządzie. Gest jego kolegi klubowego, Jacka Żalka, o wprowadzeniu klauzuli sumienia dla aptekarzy, jest prostą zniewagą ministra, na którą Arłukowicz nawet nie potrafi odpowiedzieć. Milczy też w sprawie zachowania kolegi z rządu Jarosława Gowina, który sprzeciwia się podpisaniu konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. A przecież był ministrem od wykluczonych i poszkodowanych.
I na koniec okazuje spryt. Wszystkie swoje skandale zamierza przykryć zaangażowaniem w przeprowadzenie in vitro. Tak jakby nie wiedział, że w Platformie nic nie znaczy, a lista jego wpadek zaczyna coraz bardziej ciążyć premierowi. Jedno prychnięcie Gowina wystarczy, aby Arłukowicz zamilkł. Dlatego w jego rękach ustawa o in vitro na dzień dobry oznacza klapę.
Poza miłymi deklaracjami, że ma duszę lekarza i jest za pełną wolnością, minister zwierza się, że zaczyna pracę o 8 rano, a rzadko wychodzi przed 22…
Bartek, mniej pracuj!
PS W niedzielę rano (tuż po 9) zapraszam do słuchania programu Moniki Olejnik ("7 Dzień Tygodnia") w Radiu ZET!