Czytam relacje z kolejnej odsłony tzw. sprawy Papały. Poza wstydliwym czasem, jaki minął od śmierci generała (14 lat), do świadomości publicznej dociera proste pytanie – jak to możliwe i dzięki komu, że banalna prawda wychodzi na jaw dopiero teraz?

REKLAMA
Bohaterem tej smutnej historii jest Świadek Koronny, a właściwie kilku. Świadek jest oczywiście bohaterem negatywnym. Pamiętam dyskusję, gdy wprowadzano instytucję świadka, która w dużym stopniu miała sankcjonować istniejącą od wieków w wymiarze sprawiedliwości praktykę. Polega ona na obietnicy mniejszej kary, lepszego traktowania, w zamian za współpracę. Świadków koronnych nie było, a zbóje donosili na siebie. Sformalizowanie współpracy miało zachęcić przestępców do donoszenia. I zachęciło. Rzecz w tym, że wielu spośród nich to ludzie inteligentni, którzy potrafią bezbłędnie odczytać popyt śledczych. I w tym miejscu skóra mi cierpnie.
Większość błędów popełnionych w śledztwie dotyczącym śmierci gen. Papały (i kto wie w ilu innych) brała się stąd, że bandyta w koronie mógł wszystko i jego zeznania (podobno weryfikowane) wystarczały, żeby ścigać, zamykać i często skazywać wielu ludzi. Wśród nich pewnie też niewinnych. Jeszcze gorzej, gdy bandyta w koronie wyczuł, że idzie o politykę. Wtedy nie miał żadnych hamulców. Donosił na wskazanych ludzi, a nie na kumpli ze środowiska. Pewnie w ten sposób "Iwan", "Patyk", czy którykolwiek z nich, dowiedział się o istnieniu Mazura.
Kulisy śledztwa w sprawie śmierci Papały są kolejną kompromitacją prokuratorów i instytucji państwa, które dało im do ręki niezależność. Ale to tak, jakby małpie dać do ręki brzytwę.