Jeżeli jeden temat zajmuje trzy pełne strony "Washington Post", to znaczy, że sprawa jest gruba. Jeśli dodatkowo trafia na okładkę "The Economist", to jest jeszcze grubsza.
REKLAMA
W ubiegłym tygodniu Ameryka śledziła losy Chen Guangchenga. Pozornie jego losy podobne są do losów dziesiątków chińskich dysydentów ściganych przez władze tego kraju za niepokorne poglądy. Tyle że Chen jest niewidomy, działał na chińskiej prowincji i nie zajmował się krzewieniem demokracji, tylko zwalczał przymusowe sterylizacje kobiet. Władza ukarała go za to 4 latami więzienia, a od 19 miesięcy przetrzymywano go w areszcie domowym.
Historia Chena stała się głośna, gdy z tego aresztu uciekł i dostał się do ambasady amerykańskiej. I tu zaczyna się wątek więcej niż sensacyjny. Otóż Chen zagościł w ambasadzie tuż przed przyjazdem Hillary Clinton na doroczny amerykańsko-chiński szczyt gospodarczy. Można sobie wyobrazić wściekłość Chińczyków i amerykańską konfuzję. Wiadomo było, że z Chenem w ambasadzie szczyt zakończy się fiaskiem, a Amerykanom chodziło o bardzo poważne interesy. Do dzieła przystąpiła więc amerykańska dyplomacja. Podobno wynegocjowano z Chińczykami "dobre traktowanie" niepokornego dysydenta i zaproponowano mu, żeby dobrowolnie opuścił ambasadę. Wkrótce potem prasę obiegły zdjęcia uśmiechniętego amerykańskiego ambasadora i zupełnie pozbawionego uśmiechu Chena, którzy wspólnie opuszczają teren ambasady USA.
Poezja.
Proza rozpoczęła się, gdy władze chińskie niemal od razu odizolowały dysydenta od świata w szpitalu i zupełnie nie wiadomo, co z nim dalej będzie. Chen, zanim odebrano mu telefon komórkowy, ogłosił, że jest gotów wylecieć z Chin wraz z Hillary Clinton. Jednak nie mógł, nie ma amerykańskiej wizy…
Można powiedzieć, że to historia banalna, choć bez precedensu, ale przyszłe losy Chena określą granice amerykańskiego cynizmu w polityce. Podobno takowe nie istnieją, ale tak czytelnej akcji z tak mocną obsadą świat dawno nie widział.
A Republikanie po cichutku zacierają ręce…
