Nasze wybory prezydenckie weszły w bardzo ciekawy etap. Kandydaci, ci rozpoznawalni, za wszelką cenę chcą się odróżnić. Na początek od urzędującego prezydenta, bo między sobą zupełnie nie wiedzą jak tego dokonać. To, co zaprezentowali ostatnio, jest jednak nieudolną próbą określenia alternatywnej polityki Polski wobec Ukrainy i Rosji.
REKLAMA
Pan Jarubas, pani Ogórek, pan Duda, inni z mniejszą intensywnością, sprawiają wrażenie, że jest w stosunkach ze Wschodem "plan B", który sprowadza się do jakiegoś wycofania się z Ukrainy (bo za bardzo nas tam nie chcą) i zbliżenia do Rosji (bo tam mamy interesy, np. sprzedajemy jabłka).
To bardzo niebezpieczna gra, bo może skończyć się tym, że polska scena polityczna w zasadniczej sprawie będzie trwale podzielona.
Gdy słyszę wypowiedziane po węgiersku przeprosiny kandydata Jarubasa wobec premiera Orbana, to po prostu mi wstyd. Jarubas przeprasza krętacza Orbana za nieczęsty moment, kiedy rząd i główna partia opozycyjna zachowały się solidarnie. Jarubas nie poczuwa się do solidarności, mimo, że jego partia tworzy koalicję. Powód jest bardzo prosty – PSL nie ma nawet wiceministra w MSZ.
Nie warto puszczać wyborczego oka i udawać, że na Wschodzie można zmienić politykę w interesie naszego kraju. Demokratyczna i prosperująca Ukraina może być dla Polski tym, czym nasz kraj stał się dla Republiki Federalnej Niemiec.
Dedykuję tę myśl wszystkim kandydatom, którzy chcą dzwonić albo odbierać telefony, rozwijać handel, jechać do Moskwy na defiladę, itd.
Albo będziemy trzymać się polityki trudnej, ale logicznej, albo rozmienimy ją na drobne w kampanii, która się kiedyś skończy i wszyscy – wygrani i przegrani – wrócą do realu.
PS To, co napisałem nie oznacza, że nie można tej polityki poprawić czy wykonywać skuteczniej. Jednak jej fundament nie może być kwestionowany.
