Odwołanie spotkania w Jałcie jest bolesne dla Ukrainy. Oznacza ostrzeżenie dla tego kraju przed próbami izolacji. To jeszcze nie jest bojkot, ale już afront.
REKLAMA
Dla Polski sytuacja jest szczególnie kłopotliwa. Musimy dołożyć wszelkich starań, aby afront, do którego nasz kraj nie dołączył, nie zainspirował państw Unii Europejskiej do podobnych działań w przyszłości. Wtedy byłoby bardzo niebezpiecznie, gdyż wyjątkowo wyraźnie widać, że interes Polski na tym etapie różni się od interesu np. Niemiec.
Gdy piszę o 50 dniach mam na myśli dziesiątki meczów i poprzedzające je dni. Co dokładnie mam na myśli? Czy polski prezydent zaprosi Janukowycza na inaugurację do Warszawy? Ze wszystkimi konsekwencjami. Czy polski premier przyjmie zaproszenie swego partnera Azarowa np. do udziału w finale w Kijowie? I dalej – co będzie, gdy na jakimś meczu, niekoniecznie zapraszani, spotkają się panowie, którzy dobrowolnie nie zamierzają podawać sobie ręki?
Sprawa jest bardzo poważna i przed Polską jest do rozegrania najtrudniejszy fragment futbolowej dyplomacji. Bardzo konkretny. Gdy minister spraw zagranicznych wróci ze swoich ważnych azjatyckich podróży powinien natychmiast poinformować swoich szefów, kto, kiedy i w jakim meczu zamierza uczestniczyć. Tu nie ma miejsca na improwizację.
Skoro polityka naszego kraju na tym etapie "kryzysu wokół Julii Tymoszenko" została określona i nie jest nią bojkot własnej imprezy, to trzeba dobrać odpowiednie instrumenty do jej realizacji. A to wymaga finezji i tempa.
