Premier Mykoła Azarow od wczoraj jest w Brukseli, gdzie odbywa liczne spotkania jako szef rządu, ale również w roli szefa Partii Regionów. To jeszcze nie koniec jego misji, ale jestem już teraz gotów przekazać skróconą diagnozę "przypadku Tymoszenko".

REKLAMA
Władze Ukrainy są zdecydowane "doprowadzić sprawę do końca". Nowe zarzuty (zlecenie morderstwa) niebawem trafią na wokandę i wtedy okaże się, że dzisiejsze kłopoty byłej pani premier to przysłowiowa bułka z masłem. Opinia publiczna na Ukrainie jest w jej sprawie podzielona, ale znaczna część społeczeństwa jest przekonana, że Tymoszenko została skazana słusznie. Władza staje się więc zakładnikiem własnej polityki. Wyjście Julii Tymoszenko na wolność oznaczałoby, że miała miejsce gigantyczna pomyłka sądowa. Ta uwaga daje prognozę tego, czym skończy się procedura kasacyjna. Niczym.
Zwolnienia Tymoszenko z powodów humanitarnych nikt nie wyklucza, ale byłoby to możliwe, gdyby ona sama chciała współpracować z władzą. A tego nie zrobiła i nie zrobi z powodów powszechnie znanych.
Premierowi Ukrainy przedstawiłem na wczorajszym spotkaniu taką oto wizję. Za 20 lat mało kto będzie pamiętał kim była Julia Tymoszenko, co zrobiła, kto ją zamknął i czy zrobił to słusznie. Liczyć się będzie miejsce Ukrainy – w Europie lub obok niej. Czy warto więc płacić tę cenę za rozminięcie się z szansą, jaką tworzy historia?
Nie dostałem jednoznacznej odpowiedzi. Azarow stwierdził, że tak czy inaczej z tej całej sytuacji jego kraj wyjdzie wzmocniony…