Minister Sikorski ogłosił sukces. Jego dwóch podwładnych powołano na ambasadorskie stanowiska w Unii Europejskiej. Towarzysząca temu statystyka jest zabawna, bo posiadając łącznie 4 ambasadorów, ministrowi wyszło, że objęliśmy 10% nominacji pani Ashton. Prawda, ale skądinąd wiadomo, że nowo powołani polscy urzędnicy centrali służby (ESDZ) będą zwalniani…

REKLAMA
Zostawmy jednak statystykę. Lepiej mieć ambasadorów niż nie mieć. I warto się z tego cieszyć. Tym bardziej, że Jan Tombiński jest wszechstronnie wykształconym dyplomatą i ciężko pracował na swój sukces. Dostał też stosowne poparcie z kraju, bo bez tego nic by nie ugrał. Pozostaje mu jedynie podciągnąć rosyjski lub ukraiński.
Spójrzmy jednak na tę nominację w szerszym kontekście. Nie wykluczam, że w przypadku czarnego scenariusza (krach procesu stowarzyszenia, Julia Tymoszenko w więzieniu, zwanym elegancko kolonią karną), Tombiński będzie wśród odpowiedzialnych za ten stan. Już dzisiaj alternatywa, którą stawia się Kijowowi, jest czytelna – albo idziecie drogą Polski albo Białorusi. Najbliższe pół roku (do wyborów parlamentarnych), zdecyduje o historycznym wyborze, jaki się dokona. Widać tu jak stanowisko Polski różni się od kilku państw europejskich. Ambasador wielkiego wpływu miał nie będzie, ale Polak na tym akurat stanowisku skutecznie ograniczy nam krytykę partnerów, co przecież może się zdarzyć.
Życzę ambasadorowi, aby ten scenariusz się nie spełnił.
PS Na miejsce Jana Tombińskiego do Brukseli ma przyjechać świetny dyplomata Marek Prawda. Dobry wybór!