Na gruncie europejskim można uprawiać każdą wredotę. Najbardziej pokupne są te, które dotyczą pieniędzy i lojalności. Dzisiejsze wydanie "Uważam Rze" (sieroty po dawnej "Rzeczpospolitej") już od okładki serwuje mieszaninę jednej i drugiej. Teza publikacji jest prosta – oto pod auspicjami Unii Europejskiej żyje sobie bogato, opływając w kasę i przywileje, nowa kasta urzędników, którzy sprzedali swą lojalność wobec własnego państwa za srebrniki i służbę nowemu władcy.

REKLAMA
Nie zamierzam polemizować z oceną wysokości zarobków pracowników administracji europejskiej, bo zarabiają więcej niż w Polsce, ale wysokość pensji określiły państwa członkowskie tak, aby dobrym urzędnikom opłacało się pracować w instytucjach unijnych. Druga teza, dotycząca lojalności wobec państwa, poza wredotą, jest kłamliwa. Jeżeli coś jest problemem w profilu doświadczonych urzędników europejskich, to nie brak lojalności wobec własnego państwa, ale jej nadmiar.
Legenda korytarzy brukselskich mówi o zorganizowaniu się i współpracy między sobą urzędników greckich, włoskich, że nie wspomnę o niemieckich. Tajemnicą poliszynela jest też zwyczaj, że rządy poszczególnych państw, gdy potrzebują prawdziwej konsultacji, wiedzą do kogo się zwrócić. Oczywiście, żeby móc pytać, trzeba mieć kogo pytać. My na przykład takiej kasty się nie dorobiliśmy.
Piszę te słowa z szacunkiem dla urzędników europejskich, bo pracując w Parlamencie Europejskim, byłem wielokrotnie świadkiem, jak ich kompetencje chroniły żółtodziobów przed popełnieniem grubych głupot.