Jednego udzielił Donald Tusk w "Polityce", a drugiego Leszek Miller w "Polska The Times". W naturalny sposób sięgnąłem po nie, aby zobaczyć, czy dwóch znaczących polityków ma jakąś wizję przyczyn upadku systemu, który na różnych pozycjach wspólnie budowaliśmy przez ostatnie 25 lat. Takich odpowiedzi nie znalazłem. U Tuska jest natomiast kilka obserwacji, które trącą obłudą.

REKLAMA
Były premier w rozmowie z dziennikarzami wylał krokodyle łzy nad losem lewicy. Gdy jednak przez prawie dwie kadencje rządził Polską, podkradał ludzi, pomysły, kusił, straszył, lekceważył, a jak trzeba było – kokietował. Wszystko po to, aby wydrenować SLD z jakichkolwiek szans na odbudowę.
Z kolei Leszek Miller mówiąc o przyczynach porażki zauważył: "U nas na lewicy zwykło się mówić, że partia powinna pachnieć chlebem, ale ja bym dodał – chlebem i władzą". I dalej: "Pachnieliśmy coraz mniej".
Nigdzie w wywiadzie szefa SLD nie padło jednak słowo "walka", a przecież minione 2 lata to była niekończąca się walka SLD z wrogiem – zewnętrznym i wewnętrznym. Tym zewnętrznym był oczywiście Palikot. Bój ostatecznie okazał się zwycięski, tym bardziej, że sam Palikot robił wszystko, aby się wykrwawić, czemu dał dowód w wyborach prezydenckich. W tzw. międzyczasie SLD pokonał samego siebie. Tu głównym akordem było wystawienie pani Ogórek. Po drodze pokonano jeszcze Kalisza, Napieralskiego i kilku innych (ja nie dałem się pokonać, bo wcześniej odszedłem sam). Gdy doszło do wyborów parlamentarnych dokonano w końcu zjednoczenia lewicy, a konkretnie zjednoczył się Leszek Miller z Januszem Palikotem, w życzliwym cieniu Barbary Nowackiej, która – notabene – dziś też już jest zła, bo walczy o demokrację wspólnie z Petru…
Takie oto myśli nachodzą mnie na koniec roku. Ani w Platformie, ani na lewicy nie ma rzetelnej analizy przyczyn klęski, a bez tego nie da się zbudować nic nowego.