Gdyby mistrzostwa piłkarskie odbywały się w Moskwie, a tydzień przed nimi dyplomata rosyjski rezydujący w Warszawie, ostrzegł polskich kibiców, że nie należy paradować po stolicy jego kraju w T-shirtach z podobizną Piłsudskiego, wszyscy solidarnie stuknęlibyśmy się w głowę. Choć nie wiem, co zrobiłaby ministra sportu.
REKLAMA
Patrząc w lustrzane odbicie tej sytuacji, zaczynamy realizować ulubiony rosyjski scenariusz. Oto gdzieś ktoś grozi, niby grozi, rosyjskim obywatelom i trzeba kilku godzin, aby odezwał się minister rządu Federacji Rosyjskiej z tekstem, który znamy bardzo dobrze. Witalij Mutko nie jest byle kim. Sportem na poziomie Federacji zajmuje się od niedawna, ale wcześniej przez lata kierował rosyjskim związkiem piłkarskim. Zna osobiście tych najważniejszych i jego warknięcie na pewno przysporzy mu punktów na Kremlu. Słowem – taka nowa Anodina.
Mutko ostrzegł "stronę polską" o "nieprzewidywalnych następstwach" ataku sił porządkowych na rosyjskich kibiców. Nie wspomniał nic o nowych rakietach w obwodzie kaliningradzkim, ale zabrzmiał groźnie. Mutko zachowuje się jak klon Anodiny i podgrzewa atmosferę, która wcale nie jest gorąca. Nikt rozsądny w Polsce nie okazuje wrogości rosyjskim turystom od lat, a tym bardziej kibicom, którzy przyjeżdżają tu w innej sprawie.
Warto, aby wszyscy, którzy ocierają się o sprawy rosyjskie, zastanowili się w najbliższych tygodniach trzy razy zanim coś powiedzą i podejmą jakąkolwiek decyzję. Między wojną uliczną a respektowaniem prawa jest duży obszar, w którym mogą zmieścić się nasza wrażliwość i ich emocje.
Tak na marginesie, ciekaw jestem, czy polski dyplomata w Moskwie, Książek, zanim ostrzegał przed T-shirtami z sierpem i młotem, był kiedyś na byle jakim bazarku w Polsce. Leżą tam na straganach dużo poważniejsze atrybuty imperium sowieckiego, które cieszą się niemałym popytem.
