Rekomendacje wczorajszej Rady Europejskiej liczą 37 stron. Gdyby przyjąć, że o imigrantach nie rozmawiano w ogóle, to mamy zapis recepty na to, jak zjeść ciastko i mieć ciastko. Niech ciastkiem będzie Wielka Brytania w Unii Europejskiej.
REKLAMA
Pierwszy rozdział rekomendacji mówi, że rząd Zjednoczonego Królestwa poinformował sekretarza generalnego Rady, że Królestwo zdecydowało się na pozostanie w Unii Europejskiej, rozważając właściwą odpowiedź Unii na przedstawione wcześniej wątpliwości Królestwa. Dalej jest kilkadziesiąt punktów o tym, na czym polega kompromis. Na przykład Aneks 1 stwierdza, że powstaje nowe porozumienie o członkostwie, ale traktaty europejskie nie podlegają zmianie. Itd., itd. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.
Jeżeli Davidowi Cameronowi zależało na zdobyciu amunicji do kampanii referendalnej, to ją właśnie dostał. Rada tym chętniej zgodziła się na jego oczekiwania, bo wszystkie miały mocne odniesienie do traktatu lizbońskiego.
Z perspektywy Polski wydaje się, że główny bój toczył się o zasiłki dla imigrantów. Nieprawda. Cameronowi najbardziej zależało na tym, aby nigdy w przyszłości nie został zmuszony do włączenia swojego systemu finansowego w regulacje strefy euro. Na przykład ma podstawę do tego, aby nie przyjmować podatku transakcyjnego, o który socjaliści prowadzą wojnę od kilkunastu lat.
Zobaczymy, jak skuteczny będzie premier brytyjskiego rządu w kampanii przed referendum. Od przeciwników z całą pewnością usłyszy, że w sumie nic nie załatwił. I będzie to prawda, albo przynajmniej pół prawdy, bo w rzeczywistości większość sukcesu miał już zagwarantowane przed szczytem.
A na koniec dwa słowa o imigrantach. Unia Europejska zgodziła się na niewielkie ustępstwa wobec Camerona. Gdyby jednak rząd brytyjski domagał się okresu przejściowego dla wolnego przepływu siły roboczej (jak zrobili to Niemcy), to przez 10 lat nie płaciłby nic nikomu. Ale historii cofnąć się już nie da.
Oby tylko Brytyjczykom wystarczyło amunicji, gdy przyjdzie do skreślenia magicznej kartki ze słowami TAK/NIE.
