Poznań dostał się wczoraj pod krótką, ale jakże kolorową, okupację Irlandczyków.

REKLAMA
Byli wszędzie. Jeśli mówię tak, to nie mam na myśli Starego Rynku i jego licznych uliczek oraz dróg przemarszu na stadion. Wybrane oddziały potrafiły dotrzeć nawet na Łazarz, do baru „Dziupla”, gdzie wywołały zrozumiałe zainteresowanie stałych bywalców. Nikomu nie przeszkadzało, że ubrani w zielone koszulki kibice po krótkim przesłuchaniu okazywali się… Amerykanami z Teksasu. Wczoraj wszyscy byliśmy Irlandczykami.
Absorpcja Poznaniaków przez Wyspiarzy odbyła się w sposób ostateczny koło godziny 19 w okolicach ulicy Bułgarskiej. Maszerujące tłumy wspólnie ćwiczyły pieśń „Stand up for the boys in green”. Ci prawdziwi Irlandczycy znali jeszcze kilka innych fajnych kawałków, ale nie było czasu na pełną edukację.
Wylosowałem bilet za 120 euro i siedziałem w bloku J4, rzędzie 20, na miejscu nr 5. Sam nie wiem co myśleć o meczu, bo był taki plan, by wygrać i nie puścić dalej Włochów. Gdy okazało się, że nici z niego, licznie zgromadzona publiczność skupiła się na dopingu drużyny irlandzkiej za wszelką cenę. Jaki był wynik wszyscy wiedzą, ale mówiąc szczerze, nikomu to aż tak nie przeszkadzało.
I jeszcze coś. Ani jedna osoba, którą spotkałem na mieście, nie powiedziała złego słowa o zachowaniu oddziałów inwazyjnych. Uśmiechali się, śpiewali, nikogo nie zaczepiali i płacili. Na pewno wrócą.