Platforma Obywatelska miała odpuścić SLD i Ruchowi Palikota w sprawie związków partnerskich. Umowa, choć niepisana, miała obowiązywać w tej kadencji. Czekałem jednak cierpliwie na moment i technologię, której użyje partia wiodąca, aby projekt uwalić. Stało się to szybciej niż myślałem.
REKLAMA
Na początku pani marszałek Kopacz rutynowo zapytała Komisję Ustawodawczą o zgodność projektu z prawem europejskim. Procedura ta, zainicjowana w 2001 roku przez Ryszarda Kalisza, działa w Sejmie, aby uniknąć grubych błędów ustawodawczych. Pani marszałek mogła się też dopytać o zgodność projektu z konstytucją lub innymi aktami prawnymi, ale tego nie uczyniła. Od czego są jednak inni platformersi?
Z pytaniem o zgodność z konstytucją wystąpił do Komisji wicemarszałek Sejmu Cezary Grabarczyk. Jak to bywa w dojrzałych demokracjach, zapytano ekspertów – spłynęła jedna opinia na "tak", a druga na "nie". Posłowie musieli zatem głosować. No i zdecydowali, że projekt jest niezgodny z konstytucją, bo choć nie dotyczy zawierania małżeństw, to godzi w artykuł stwierdzający, że małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny jest pod ochroną i opieką państwa. Przeciwko tej bzdurze wypowiedziało się jedynie trzech posłów: Ryszard Kalisz i dwóch przedstawicieli Ruchu Palikota. Projekt upadł.
Z reguły o zgodności z konstytucją decyduje właściwy trybunał i dzieje się tak, gdy określony jest już ostateczny kształt ustawy. Tu stało się inaczej. Kilkanaście osób, bez większych kwalifikacji konstytucyjnych, w prostym głosowaniu, na wniosek lidera PO, urżnęło sprawie łeb.
