Wielkimi krokami zbliża się pogrzeb ACTA. Wczoraj przez kilka godzin aż wrzało w Parlamencie Europejskim podczas dyskusji plenarnej. To, co mnie uderzyło najbardziej, to osierocenie projektu. Nikt nie powiedział o nim dobrego słowa. Zwolennicy umowy przybrali dwie maski – część rozpaczała nad masowymi podróbkami towarów (rocznie tracimy 30 tysięcy miejsc pracy), pozostali rozpaczali nad tym, jak słabo chronione są prawa autorskie.

REKLAMA
Zanim dziś w południe zadamy niesławnej umowie decydujący cios, trzeba przypomnieć, że jej historia to po pierwsze zapis arogancji i bezczelności rządów, które do końca, podobnie jak Donald Tusk, szły w zaparte. Jest to też opowieść o narodzinach buntu, który wylał się z sieci na ulice. I na samym końcu, choć prawicowe rządy nie chcą się do tego przyznać, losy ACTA to demonstracja strachu, który zajrzał im w oczy.
Wypadałoby więc się cieszyć, że na czas, w gronie polskich posłów socjalistów, zdiagnozowaliśmy problem i w końcu wygraliśmy. Jednak żaden z problemów, których dotyczy ACTA, nie został rozwiązany. I na pewno prędzej czy później powrócą.