Parlament ukraiński przyjął ustawę o języku. Potwierdza ona konstytucyjną normę, że językiem państwowym jest ukraiński, ale równocześnie wprowadza nowe pojęcie – języka regionalnego. Jeśli 10% społeczeństwa jakiegoś regionu opowie się za tym, że chce używać oficjalnie innego języka niż ukraiński, to będzie mieć do tego prawo. Wśród wyróżnionych tym przywilejem mogą być Węgrzy, Rumuni, Tatarzy Krymscy i oczywiście mniejszość rosyjska.

REKLAMA
Wszyscy wiedzą, że faktyczna dwujęzyczność Ukrainy nie jest problemem. Na liście najtrudniejszych spraw do załatwienia język rosyjski zajmuje 21. miejsce. Do czasu przyjęcia ustawy życie funkcjonowało mniej więcej tak: rozprawa w Doniecku przed sądem odbywała się po rosyjsku, ale wyrok i uzasadnienie należało napisać po ukraińsku. Nie wspomnę o tym, że miliony Ukraińców, nie mając żadnych problemów z identyfikacją państwową, słabo znają swój ojczysty język i posługują się rosyjskim.
Partia Regionów świadomie wywołała drażliwy temat, aby skonsolidować swoich zwolenników przed wyborami. Skonsolidowali się też przeciwnicy rosyjskiego – z funkcji wiceprzewodniczącego Rady Najwyższej zrezygnował przedstawiciel Bloku Julii Tymoszenko, a na placu przed Domem Ukraińskim już drugi dzień "biwakuje" ponad 1000 ludzi.
Sprawa jest rozwojowa, bo inteligencja ukraińska bardzo mocno popiera preferencje dla języka ukraińskiego i żadna decyzja polityczna tej sytuacji nie zmieni. Mamy więc kolejny zastępczy temat, który podgrzewa i tak gorącą atmosferę przedwyborczą.