Plan Rosji od początku był prosty – dwa podmorskie rurociągi (Północny pod Bałtykiem i Południowy pod Morzem Czarnym) miały wyeliminować wpływ krajów pośrednich na dostawy surowca do Europy Zachodniej. Wyeliminować wpływ i w sytuacji kryzysowej wyeliminować dostawy gazu. Sprawa jest znana od lat i rozstrzygnięta na północy. Przez Nord Stream płynie gaz do Niemiec.
REKLAMA
Inaczej miało być na południu. Wydawało się, że Unia Europejska zdąży zareagować i wybuduje swój rurociąg Nabucco, który siłą rzeczy eliminowałby sensowność projektu rosyjskiego. Rosjanie nie byli w stanie powstrzymać Unii, no bo jak? Pieniądze by się znalazły, odbiorcy też, polityczne poparcie było jednoznaczne. A mimo to projekt się sypie.
Powodem jest brak min. 30 mld metrów sześciennych gazu niezbędnych do opłacalności przedsięwzięcia. Oczekiwano, że Shah Deniz II, wielkie pole gazowe w Azerbejdżanie, które miało być głównym źródłem gazu, dostarczy zaledwie 1/3 objętości. Pozostałe kraje, jak Turkmenistan, nie są w stanie uzupełnić braku. Mało tego, azerbejdżański potentat SOCAR zaproponował bezpośrednią linię do Turcji. Tak więc projekt umiera, zanim się narodził.
W grze jest jeszcze jedna alternatywna: powołanie konsorcjum Ukraina – Unia Europejska – Rosja, które przejęłoby ukraińskie trasy tranzytowe, ale wtedy żelazny ścisk Moskwy i tak powstanie. Będzie może bardziej aksamitny, ale tak samo skuteczny.
