Publicyści odkryli ostatnio mechanizm i nadali mu wdzięczną nazwę "niszczarka". Otóż dostrzegli, że w Komisji Ustawodawczej większością 3/5 głosów można ukręcić łeb każdej sprawie, gdyż kilkunastu członków tej Komisji w istocie posiada prawa silniejsze niż Trybunał Konstytucyjny. Pojawił się więc pomysł, aby ową "niszczarkę" zlikwidować. W jej obronie od razu stanęła marszałkini Kopacz, której chodzi, rzecz jasna, o jakość stanowionego prawa.
REKLAMA
Opisany mechanizm został wprowadzony do praktyki sejmowej ponad 10 lat temu. Za pomysłem Ryszarda Kalisza stała szlachetna intencja, aby na wczesnym etapie kompetentny organ Sejmu mógł eliminować buble prawne. I tu dochodzimy do istoty problemu. Każde urządzenie wyposażone w ostrze, w tym "niszczarka", może służyć szczytnym lub podłym sprawom. Od jakiegoś czasu Platforma wykorzystuje ten mechanizm zupełnie cynicznie. Łatwiej jest bowiem likwidować kłopotliwe ustawy tuż przy ziemi niż angażować plenarną większość w końcowym głosowaniu i zbierać baty od opinii publicznej. Tym bardziej, że w sprawach obyczajowych pomocą służy PiS.
Wszystko to podawane jest w patetycznym sosie dbałości o zgodność z konstytucją, rzecz jasna. No bo przecież nie z niechęci do homoseksualistów, zarodków i innych brzydkich rzeczy, których publicznie nie wypada zwalczać (głosy, głosy!), ale serce nie sługa.
