Ambasador Stanów Zjednoczonych w Warszawie, Lee Feinstein, kończy misję w Polsce. I wcale nie będzie miał skróconej kadencji, bo trzyletni okres to norma w zawodowej dyplomacji USA. Dobrze, że nie zostanie na dłużej, gdyż za jego kadencji Amerykanie zaliczyli największe wpadki w relacjach z naszym krajem. Oczywiście ambasada nie odpowiada za politykę Białego Domu i Departamentu Stanu, ale ma wszelkie instrumenty, aby ostrzegać Waszyngton przed niezręcznościami.
REKLAMA
Stosunki Polski z USA wchodzą w nowy, trudny okres. Wypracowana w poprzednich latach substancja (wspólne akcje bojowe, rozszerzenie NATO, szerzenie demokracji) przestają być priorytetem polityki amerykańskiej. W ogóle Europa spada na drugi plan. W takiej sytuacji bardziej będą się liczyć gesty, a zwłaszcza unikanie zbędnych gestów. Mam nadzieję, że następca nieudanego ambasadora, Stephen D. Mull, da sobie radę, bo zna nasz kraj i sam jest w Polsce znany.
Na marginesie warto zauważyć, że po jednej politycznej nominacji (George W. Bush powołał swojego kumpla Victora Asha) wracamy do koszyka nominacji dyplomatycznych, profesjonalnych. Na pewno nie świadczy to o wzrastającej pozycji naszego kraju w oczach naszego partnera, bo nominacje polityczne obejmują najważniejsze kraje dla amerykańskiej dyplomacji.
