Amerykańscy politycy próbują zgadnąć lub ulokować w amerykańskich doktrynach, kim może być Mitt Romney jako prezydent Stanów Zjednoczonych. Wychodzi im to kiepsko, bo republikański kandydat rozpoczął swoje kontakty ze światem od goszczenia w rodzinnym domu w młodzieńczych latach włoskiego studenta. Potem odwiedził Europę – głównie instytucje religijne we Francji. Największym łykiem powietrza ze świata była zimowa olimpiada w Salt Lake City, podczas której był szefem komitetu organizacyjnego. W sumie jednak niewiele.
REKLAMA
Z doktrynami jest jeszcze gorzej, bo amerykańscy konserwatyści cztery lata temu odchodzili w niesławie. Ne bardzo może więc powoływać się na swoich poprzedników, chyba że byłby to Ronald Reagan... Czasy się jednak zmieniły i Europa Wschodnia jest wyzwolona, a Ameryka nie ma szans, aby objąć globalne przywództwo.
Wycieczka Romneya skłania do spojrzenia na politykę zagraniczną Obamy. I tu padają zaskakujące słowa. Poważni analitycy dostrzegają logikę w chaotycznych ruchach amerykańskiego prezydenta. Mówi się wprost, że w świecie początku XXI w. jest mniej zdeklarowanych wrogów USA, ale też przyjaźnie i sojusze nie mają tak trwałego charakteru. Obamie nie zadrżała ręka, gdy trzeba było zabić bin Ladena, a bezzałogowe samoloty bezkarnie strzelają do talibów, od czasu do czasu trafiając cywili. Demokratyczny prezydent zachowuje się więc czasem jak rasowy republikanin. Z drugiej jednak strony na europejską wojenkę do Libii nie wyruszył. Z Rosją zaproponował reset, ale jego wynikiem była jedynie rezygnacja z umieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Polsce. Podobnie było z Chinami, Koreą Północną czy Pakistanem…
Przykłady można by mnożyć, ale za tymi działaniami nie ma żadnej doktryny. Jednak tak długo jak Ameryka odnosi korzyści, da się taką polityką żyć.
Staje więc Mitt Romney wobec trudnego zadania, gdyż nie ma dziś nowej, atrakcyjnej ideologii, a polityka zagraniczna jak zwykle nie elektryzuje wyborców. Tym bardziej będziemy wnikliwie słuchać, co powie w Europie i na Bliskim Wschodzie…
