O autorze
Piszę bloga, aby się wygadać. My politycy jesteśmy zaprojektowani do tego, by mówić. Zwykle piszę o oczywistych oczywistościach, których nie dostrzegają inni.

Romney, go home!

Gdyby wyjąć nazwiska i daty, a skupić się na treści wizyty Mitta Romneya, można by powiedzieć, że Polskę odwiedził kończący drugą kadencję prezydent USA, który zamaszystym ruchem podkreśla wielkie historyczne zmiany, jakie zaszły nad Wisłą z udziałem Ameryki. Romney jest jednak tylko kandydatem do tego urzędu i powinien coś powiedzieć o przyszłości. Tymczasem zachowywał się jak polityczny emeryt.


Przez dwa dni mogliśmy obserwować niemal doskonały produkt amerykańskiej "politkultury": wykształcony, uśmiechnięty, zadbany, starszy niż wygląda, przygotowany, ocytatowiony i… diabelnie nudny, bez emocji.

Romney za wszelką cenę chciał się przypodobać Polakom. Było to miłe, ale trochę nie z tej epoki. Odgrzewał kotlet (dość smacznego), ale autorstwa Ronalda Reagana. A przecież tak wiele się zmieniło! Polska nie potrzebuje dzisiaj ckliwych wspomnień, a nowoczesnej wizji współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Wszyscy potrzebujemy amerykańskiej determinacji w utrzymaniu i rozwijaniu relacji transatlantyckich.

I last but not least. Potrzebna jest też wizja stosunków USA z Unią Europejską. To jest mój największy zarzut pod adresem kandydata. Nie słyszałem słowa "Europa", nie słyszałem troski o wspólne wyjście z kryzysu gospodarczego. Słowem – pustka.

Komentatorzy zgodnie odnotowują komplementy, jakie padły pod naszym adresem. Gdy słyszy się komplementy, ważna jest ich treść, ale też okazja, przy jakiej są wypowiadane. Tym razem miłe słówka miały służyć pozyskaniu głosów wyborczych. Dlatego nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia.

Dobrze, że już wrócił do domu.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...