Sytuacja w Syrii przypomina serial, który z perspektywy ogląda cały świat. Liczy się ofiary, ogląda obrazki, ale dzieje się to na ekranie i wygląda tak, jakby nikt nie wierzył w pozytywny scenariusz i happy end. Ot, jeszcze jeden konflikt. Jest jednak zupełnie inaczej.
REKLAMA
Choć dni Assada są policzone, ci którzy zajmą jego miejsce mogą zdecydować o przyszłym rozkładzie sił w najbardziej zapalnym regionie świata. Są dwa powody do obaw.
Pierwszy – banalny. Wiadomo, że Syria jest sąsiadem Izraela, z którym pozostaje w stanie wojny. Sponsoruje Hezbollah i Hamas i jej rozumienie tego, w jaki sposób traktuje stan wojny, ma zasadnicze znaczenie dla sytuacji.
Jest też drugi powód. Wystarczy popatrzeć na mapę, aby dostrzec, że kraj ten, zwłaszcza ostatnio, stanowi bufor miedzy dwoma rywalizującymi ze sobą regionalnymi potęgami – Turcją i Iranem. Wpływy tureckie w Syrii mają charakter bardziej gospodarczy, a irańskie finansowy i militarny. W którą stronę po Assadzie przechyli się sympatia Syrii?
Analitycy z CEPS (Centre for European Policy Studies) twierdzą, że Unia Europejska ma wyjątkową rolę do odegrania. Jako jedyna utrzymuje kontakty ze wszystkimi stronami konfliktu, traktat lizboński daje podstawy prawne do działań, a państwa członkowskie dysponują odpowiednim doświadczeniem i wyczuciem regionu, tak aby zainicjować plan pokojowy. Jak do tej pory dzieje się jednak mało – na reżim Assada nałożono sankcje i przekazano pomoc humanitarną o wartości ok. 60 milionów euro. To niewiele. Myślę, że będzie to jeden z głównych tematów, gdy Unia wróci z sierpniowych wakacji. Zapewne milion uchodźców i 18 tysięcy zabitych (na dzisiaj) podziała na wyobraźnię.
