Dokąd kryzys dotyczy spotkań ministerialnych, wyników giełdy i kursów walut, można uważać, że jeszcze nie przekroczył naszych progów. Pierwsi, którzy go odczuwają to bezrobotni i tu liczby są porażające. Potem przychodzi czas na najbogatszych. Dotknięta kryzysem Hiszpania podniosła najwyższą stawkę podatku dochodowego do 52% z aktualnych 45%. Dużo, ale jeśli nowy francuski prezydent wprowadzi stawkę 75% podatku dla najbogatszych, to Hiszpania spadnie na drugą pozycję.

REKLAMA
Ciekawe są zestawienia zbiorcze dla całej Unii Europejskiej. Średnia wysokość świadczenia wśród 17 krajów strefy euro wynosi 43% i wzrosła w porównaniu do roku poprzedniego o 1%. Zapewne tendencja jest trwała, tym bardziej, że w roku 2000 najbogatsi z Europy Zachodniej obciążeni byli średnio 47% podatkiem. Przypomnę, że pieniędzy wtedy było w bród i nikt nie mówił o kryzysie.
W Europie bardzo chętnie opodatkowanoby „bogactwo”. Problem polega na tym, że nikt nie jest w stanie szybko i efektywnie określić podstawy tego świadczenia.
Podatki najbogatszych, pensje menedżerów czy urzędników zawsze budzą emocje. Zwłaszcza wtedy, gdy biedni muszą zaciskać pasa. Decyzje Hiszpanii i kolejnych krajów mają również znaczenie psychologiczne. Skoro trudno o prawdziwą solidarność, pozostają przynajmniej pozory.