Gdyby o wynikach wyborów w Ameryce decydowały tylko pieniądze, wtedy już wygrałby je Obama. Zebrał ponad 650 mln dolarów, a wydał prawie 500 mln. Jego główny kontrkandydat Mitt Romney zebrał 339 mln, wydał 255 mln. Pieniądze przekładają się przede wszystkim na obecność w mediach. Siłą rzeczy urzędujący prezydent, do wykupionego czasu dodaje jeszcze działalność bieżącą i tym samym widać go znacznie więcej niż Romneya.

REKLAMA
Ciekawa jest struktura geograficzna wpłat. Najwięcej płacą duże stany, czyli wschód i zachód Stanów Zjednoczonych. Północna Dakota zebrała dla Obamy 173 tys. dolarów, a Floryda tylko 23 tys. Stawce przewodzi Kalifornia, która dorzuciła prezydentowi Obamie aż 95 mln. Dla porównania, w tych samych stanach Romney zebrał 152 tys. (Północna Dakota), 24 tys. na Florydzie i w Kalifornii 26 mln.
Obu kandydatów różni radykalnie struktura wpłat. Dzięki drobnym wpływom (do 200 dolarów) Obama zebrał prawie 300 mln, a Romney niewiele ponad 50 mln. Kandydata Republikanów wspierają dawcy oferujący powyżej miliona. Możemy oczekiwać, że po uzyskaniu nominacji partii, rozpocznie się najciekawsza część kampanii. Skonfrontują się w niej nie tylko kandydaci, ale też ich programy. Wtedy Ameryka będzie musiała się zdecydować.