Wczoraj w nocy Mitt Romney obiecał Ameryce powrót do wielkości.

REKLAMA
Kilka godzin wcześniej najwyżsi urzędnicy w Polsce odbyli w Sejmie debatę na temat afery Amber Gold. Jak to bywa w polityce i w życiu, trzeba czytać język mowy i ciała. Skupiłem się na body language, bo pierwszy raz od dawna obradom towarzyszyła wypełniona sala, a kamery w TVN24 bogato pokazywały, co robią posłowie i ministrowie do ostatniego głosowania.
Rozróżniam trzy kategorie zachowania. Fizyczna obecność połączona z duchowym oddaleniem. Do zabijania czasu przydają się sejmowe iPady, bo zabierają mniej miejsca niż gazeta, a wyczytać można więcej. Z kolei w ławach rządowych panowała radość i luz. Chyba żartom i kawałom nie było końca, bo ministrowie w rozlicznych konfiguracjach siedząc w ławach rządowych lub wokół nich, szerokim uśmiechem odbierali wydarzenia na sali sejmowej. Jedynymi, którzy zachowywali się poważnie, byli premier i ministra Mucha. Choć ona bardziej smutna niż poważna. Trzecia kategoria to załatwiacze. Oczekujących na krótkie wysłuchanie u premiera lub ministra było sporo, a okazja rzadka, aby mieć ich wszystkich razem dostępnych na miejscu. Do ucha premiera dopiął się też minister Sikorski. Może ruszy zatem kilka nominacji ambasadorskich z miejsca, np. w Berlinie.
W gwoli sprawiedliwości po stronie PiSowskiej było równie wesoło. Brylował Antoni Macierewicz i agent Tomek. Na sali panował gwar i harmider.
Przypomnę, że debata dotyczyła zagrabienia w majestacie prawa, przy zupełnej nieudolności urzędniczej, ok. 200 mln zł. z kieszeni kilku tysięcy Polaków. Darmo było szukać cienia współczucia na ministerialnych twarzach. Wręcz przeciwnie, odkąd wiadomo było, że PSL nie poprze wniosku o komisję śledczą, ujawnił się prawdziwy stan ducha.