Jutro rozpoczyna się konwencja Partii Demokratycznej, która zamknie pierwszy etap amerykańskiej kampanii wyborczej. Oba ugrupowania będą miały oficjalnych kandydatów na prezydenta. Romney i Obama idą łeb w łeb, choć to demokrata ma przewagę z racji pełnionego urzędu.

REKLAMA
Ameryka nie jest podzielona według czytelnych reguł. Generalnie Zachód, Wschód i Północny Wschód są za Obamą, ale walka – jak zwykle – pójdzie o tzw. swing states, a zwłaszcza te, które mogą zadecydować o zwycięstwie – Floryda, Ohio i Pensylwania.
A więc, co nas czeka?
W odróżnieniu od kraju nad Wisłą, już dziś wiadomo, że kandydaci nie pogniewają się na siebie i odbędą trzy debaty prezydenckie – 3-go, 16-tego i 22-go października. Z kolei 11-tego skonfrontują się kandydaci na wiceprezydentów – Joe Biden i Paul Ryan. 6 listopada, jak zwykle w pierwszy wtorek tego miesiąca, odbędą się wybory.
Do dziś wielu ludzi uważa, że wybory prezydenckie w USA są bezpośrednie i proporcjonalne. Tymczasem gra idzie o tzw. głosy elektorów (to ich tak naprawdę wybierają wyborcy), którzy później głosują na danego kandydata (zwyczajowo przyjęło się, że kandydat który otrzyma najwięcej głosów ludzi w danym stanie, dostaje wszystkie głosy elektorów stanowych). Takich głosów jest w sumie 538 (Kalifornia ma 55, Teksas 38, Nowy Jork i Floryda po 29, a np. słabo zaludnione, choć duże Wyoming tylko 3).
Wystarczy więc wygrać w Kalifornii i dorzucić do tego 215 głosów, aby zostać prezydentem. Brzmi prosto i sensownie, jednak aby przepis się udał trzeba wydać trochę kasy. W 1976 roku kampania wszystkich kandydatów kosztowała 70 milionów dolarów i to były ostatnie tanie wybory. Już w 1988 wydano 200 milionów, a w 2008 1,3 mld! Tegoroczna kwota będzie jeszcze wyższa!