Pisałem w zeszłym tygodniu o wrażeniach z konwencji republikanów. Demokraci dużo zrobili, aby wypracować alternatywę wobec swych rywali. Wczoraj w nocy prezydent Obama ją zaprezentował.
REKLAMA
W istocie jest to kontynuacja marszu w stronę amerykańskiej wersji państwa socjalnego. Dostęp do edukacji i ochrony zdrowia jest w ofercie demokratów. I rzecz jasna nowe miejsca pracy. Tu jednak oferta jest mniej wiarygodna, bo choć Obama chlubi się, że stworzył miliony nowych miejsc pracy, to nie bardzo wiadomo, ile ubyło starych, a wszystko to ciągle mało i mało.
Można rzec – obietnice i nadzieje urzędującego prezydenta boleśnie weryfikuje mijająca kadencja. Tak by było, gdyby nie Bill Clinton i jego wystąpienie. Swoją osobą i doświadczeniem powiedział dzień wcześniej, że Barack Obama jest na dobrej drodze, że przejął kraj kosmicznie zadłużony: "Żaden prezydent, ani ja, ani nikt z moich poprzedników, nie potrafiłby naprawić takich szkód w gospodarce w cztery lata, jakie zastał prezydent".
Mają więc demokraci coś, czego nie mieli republikanie – świadectwo wiarygodności wystawione przez "zewnętrznego" audytora. Clinton przez 12 lat nie utracił nic ze swej charyzmy, jego sukcesy są dobrze zapamiętane, a wobec Obamy potrafił być też krytyczny.
Ci, do których apelował Mitt Romney, aby więcej nie popełniali błędu głosując na Obamę, mają zatem mocny argument, aby ten "błąd" powtórzyć.
