Ministrowie spraw zagranicznych wyraźnie mają więcej czasu niż ich koledzy od finansów. Obserwację tę wynoszę z ostatniej "burzy mózgów", jaka przetoczyła się nad Warszawą i poleciała na Zachód.
REKLAMA
Oto przedstawiciele Austrii, Belgii, Danii, Francji, Niemiec, Luksemburga, Holandii, Polski, Portugalii i Hiszpanii po owocnych obradach wydali komunikat, który ma określić przyszłość Europy. Nie wnikam w jego publicystyczny wymiar i traktatowe mrzonki, odniosę się do jednego postulatu. Na spotkaniu zaproponowano włączenie zakresu obowiązków komisarza ds. sąsiedztwa oraz rozwoju (obecnie Czech Štefan Füle) pod wysokiego przedstawiciela UE, czyli panią Ashton lub jej następcę.
Spełnienie marzeń panów ministrów oznacza, że literalnie NIKT w UE nie będzie się zajmował sprawami takich państw jak Ukraina i Białoruś. Pani Ahston wielokrotnie udowodniła, że ma kłopoty z tym obszarem świata. Dzisiaj już wie, gdzie leży Białoruś, ale z odróżnieniem Turkmenistanu od Tadżykistanu mogłaby mieć kłopoty. Trudno się dziwić – dla tak wielkiej postaci cały obszar byłego Związku Radzieckiego to jeden worek z kłopotami. Komisarz Füle wręcz przeciwnie – nie dość, że odróżnia państwa to jeszcze PROWADZI widoczną politykę unijną w tym rejonie. Jeśli więc takie są polskie priorytety, aby wylać dziecko z kąpielą, to nic nie rozumiem.
Mniej więcej w tym samym czasie minister Sikorski wraz ze swoim niemieckim kolegą opublikował tekst w New York Timesie. Dużo tam ciekawych zawołań, np. "Nie pozwolimy, by Unia Europejska była politycznym karłem i wojskowym robaczkiem". Panowie dyskretnie milczą o przyszłorocznych budżetach państw członkowskich na obronę, a tym bardziej unikają podania wydatków europejskich na ten cel.
Reasumując – przebudzony z letniego letargu polski minister spraw zagranicznych wysyła dość dziwne sygnały…
