W dawnych czasach stolicą szpiegostwa europejskiego był Wiedeń. Austria przymykała oko na niezliczonych agentów, którzy pod przykrywką dyplomatów i biznesmenów kręcili się bez problemu po naddunajskiej stolicy. Austria nie należała do NATO, zlikwidowała wizy dla krajów wschodnich, była łatwa komunikacyjnie. W Wiedniu mieściło się kilka ważnych, jak na tamte czasy, organizacji międzynarodowych. Żyć, nie umierać!

REKLAMA
Wygląda jednak na to, że palmę pierwszeństwa w tej branży przejmuje Bruksela. W opublikowanym niedawno wywiadzie, Alain Winants, szef belgijskiej bezpieki (VSSE) stwierdził, że służby odnotowują nieprawdopodobny wzrost działalności wywiadowczej w Brukseli. Podkreślił również, że miejsce tradycyjnych zainteresowań w te branży zajmuje handel i polityka gospodarcza Unii Europejskiej.
Potrafię sobie wyobrazić, jakie kłopoty mają miejscowe służby. Jeżeli w typowej stolicy europejskiej rezyduje na stałe kilkuset dyplomatów, to Bruksela może mówić o dziesiątkach tysięcy plus urzędnicy europejscy. Ich wiedza stanowi łakomy kąsek dla prac operacyjnych. Jednocześnie łatwo ukryć się w takim tłumie np. przed obserwacją.
Winants stwierdził również, że coraz częściej ma do czynienia z przypadkami działań operacyjnych wykonywanych przez dziennikarzy, lobbystów, biznesmenów, a nawet studentów. Zdradził, że zdarzały się przypadki werbunku dyplomatów tylko po to, aby pozyskaną osobę wykorzystać dopiero, kiedy ta wróci do ojczystego kraju.
Szef belgijskiego kontrwywiadu nie wspomniał nic o Parlamencie Europejskim…