Na miejscu prezydenta Komorowskiego nie opowiadałbym ckliwych historii o tym, jak źle podróżuje się samolotami rejsowymi. To jego kumple wycofali z użytku sprawnego Tupolewa, którym można było do Ameryki spokojnie dolecieć. Pewnie znalazłoby się miejsce i dla tłumaczki. Skoro jednak wybrano wariant kontaktu z ludem na pokładzie narodowego przewoźnika, to trzeba zacisnąć zęby i cierpieć.

REKLAMA
Cierpienie w klasie biznes nie jest aż tak dotkliwe, choć sam przelot jest kosztowny – bilet w obie strony dla jednej osoby kosztuje ok. 4000 euro. Nie bardzo też rozumiem jak prezydent podróżował po pokładzie przysiadając się do ministrów. Mógł ich przecież wzywać do siebie. A w ogóle powszechnie wiadomo, że Lufthansa ma dużo lepiej zorganizowane podróże transatlantyckie i większości pasażerów "Niemcy nie biją"…
Cała sprawa pokazuje mizerię, w jaką dał się zapędzić establishment Platformy. Być może problem, który opisał prezydent, sprowadza się do tego, że do Ameryki rzadko lata premier. Wtedy wierni ministrowie łatwiej znaleźliby kasę na stosowny zakup.