Gruzja jest od dawna w centrum zainteresowania europejskiej opinii publicznej. Michail Saakaszwili często bywa w Brukseli, jest komunikatywny i bardzo atrakcyjny jako mówca. Jest twarzą gruzińskich zmian. Co należy szczególnie podkreślić, uratował się politycznie po wojnie z Rosją, którą wywołał i przegrał. W końcu, co też nie jest tajemnicą, jest ikoną Europejskiej Partii Ludowej, a w szczególności Platformy Obywatelskiej. Każdy ma swoich idoli, ale rozum nakazuje, aby patrzeć trochę głębiej na ważny kraj, niż tylko na to, co prezentuje jego lider.
REKLAMA
Powszechnie wiadomo, że w Gruzji z demokracją dzieje się źle. Mówili o tym chociażby przedstawiciele organizacji pozarządowych, odbywający swoje wysłuchania w Parlamencie Europejskim. Zjednoczona opozycja była przed wyborami szykanowana przez władze i śledzona przez tajniaków. Już przed wyborami było wiadomo, że partia prezydenta musi je wygrać za wszelką cenę. On sam zmienił konstytucję tak, aby z pozycji premiera, po zakończeniu drugiej kadencji, mógł rządzić dalej.
Działacze Platformy pomagali mu do samego końca. Ostatnim, który go odwiedził, był marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Wcześniej do Tbilisi pielgrzymowali licznie inni politycy PO. Wiadomo, swojemu trzeba pomóc za wszelką cenę, nawet jeśli jest nią kompromitacja własnego kraju. Tak właśnie zdarzyło się po gruzińskich wyborach. Polska zlekceważyła opozycję, postawiła wszystko na Saakaszwilego i przegrała razem z nim.
Ciekaw jestem, jak będą wyglądały kontakty z nowym rządem. Ciekaw jestem, kiedy naiwny partyjny interes nie będzie dominował wyważonej i zrównoważonej polityki państwa. W Gruzji, podobnie jak kiedyś na Ukrainie, Platforma Obywatelska, cytując amerykańskie przysłowie, włożyła wszystkie jajka do jednego koszyka. Teraz może liczyć skorupy po bolesnym upadku.
