Pisałem wczoraj, że debata inaczej wygląda na miejscu. Dla Denver, a zwłaszcza tutejszego uniwersytetu, było to od dawna przygotowywane święto. Zostawiam sprawy techniczne – gdzie, kto, o której godzinie, bo to rutyna. Oprawę debaty stworzyli studenci.

REKLAMA
Od rana trwał piknik. Na zaimprowizowanej scenie toczyły się dyskusje, przerywane występami licznych muzyków i muzykantów. I zero obelg, zero agresji, choć nikt nie miał wątpliwości, kto kogo popiera. Zwolennicy Romneya paradowali w maskach swego faworyta. Gdy rozpoczęła się debata, młodzież zaległa na trawie, okryta kocami i oglądała jej przebieg na wielkich ekranach telewizyjnych. Chciałbym zobaczyć analogiczne wydarzenie na którymś polskim uniwersytecie z udziałem naszych polityków i studentów przebranych za Tuska, Kaczyńskiego, Millera i Palikota.
Nie znaczy to, że kampania prowadzona jest w białych rękawiczkach. Wręcz przeciwnie – kampania negatywna trwa w najlepsze. Z licznych reklamówek emitowanych w telewizji możemy dowiedzieć się wielu rzeczy. Na przykład młody robotnik z Kolorado budował elektrownie wiatrowe. Źli republikanie zabronili jednak kredytować takie inwestycje i człowiek stracił pracę. Będzie głosował na Obamę. Inny filmik pokazuje, że urzędujący prezydent to niezły kłamczuch. Obiecał walkę z bezrobociem, a przez 4 lata przybyły w Ameryce prawie 4 miliony ludzi bez pracy. Tymczasem inny spot pokazuje Romneya, który kiedyś przejął fabrykę i wyprowadził jej produkcję do Chin, przez co Amerykanie stracili pracę.
Itd., itd.
Na koniec czwartku wypadkowa konkluzja komentatorów była taka, że Mitt Romney po tej debacie przejął inicjatywę. A miesiąc przed wyborami może to okazać się dla Obamy szalenie niebezpieczne…